01.04.2023, 00:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2023, 02:12 przez Vakel Dolohov.)
Miał dość. Czuł już, że nawet gdyby znów usiadł do cichego przewracania stronic opasłych ksiąg, do miejsca, w którym czuł się najlepiej, nic by mu z tego nie przyszło. Spokój, jaki okalał jego osobę jeszcze przed chwilą, wyleciał z niego w momencie, w którym ta cholerna kukułka zaśpiewała niby-przyjemną melodię. Narastająca w nim frustracja była wyjątkowo łatwa do zauważenia na zewnątrz, Dolohov jednak zdawał się na to w ogóle nie zważać.
- Spóźnia się – powiedział raz jeszcze, zaciskając przy tym zęby. Kiedy te słowa rozbrzmiały w pomieszczeniu raz jeszcze, nie brzmiały nawet odrobinkę swobodniej – cisnęły go w gardło przy każdej sylabie, a kiedy stukał palcami w blat stołu wyglądał tak, jakby jego życie miało się zaraz skończyć. – Nigdy nie pokrzyżowały mojej – odparł, nerwowo poprawiając ułożenie włosów, które i tak, nawet mimo przeczesania palcami wyglądały na o wiele gorzej ułożone niż na co dzień, jakby się ta nerwowość musiała koniecznie odbić w jego aparycji. – Jeżeli nie wróci za parę minut, to zakładaj płaszcz – poprawił go, wstając od biurka.
Przeszedł się po pomieszczeniu, z rękoma splecionymi za plecami. Zasiedział się mocno i pewnie ulżyłoby mu strzelenie karkiem, ale był na tyle spięty, aby nie wykonać takiego gestu. Przygarbiony, wędrował po Prawach Czasu spoglądając to na Trelawneya, to na jeden z zegarów.
Ciężko był odczytać to, co dokładnie chodziło mu teraz po głowie. Od momentu, w którym Annaleigh postanowiła przestać poić go amortencją, Dolohov zachowywał się po prostu dziwacznie. Często można było przyłapać go na robieniu rzeczy kompletnie do niego niepodobnych, jakby testował samego siebie i próbował przypomnieć sobie kim jest – a może raczej kim był, zanim Lestrange postanowiła zrobić z niego idiotę. Z najdurniejszych pomysłów wycofywał się całkiem szybko, odkrywając jak daleko za jego strefą komfortu leżały… inne… o innych lepiej było nie mówić. Przynajmniej nie wciągał w nie nikogo poza samym sobą.
Widząc błysk zielonego światła, odwrócił się w stronę kominka unosząc do góry rzadkie brwi. Lyssa, wbrew temu co zakładał filtrując wszystko przez kompletne czarnowidztwo, wglądała na całą i żywą. Niekoniecznie szczęśliwą, bo już po chwili zaczęła płakać. Niekoniecznie czystą, co zwiastowało, że miał rację martwiąc się na umór i zaraz usłyszy jakąś niesłychaną historię, ale…
- Moja wina?
Nasza?
Spoglądał na Peregrinusa pytająco, zatrzymał się na jego twarzy kilka długich sekund. Wpierw chciał uzyskać od niego jakąś odpowiedź, później po prostu wpatrywał się w niego zdecydowanie zbyt długo, chcąc odczytać malujące się na jego obliczu reakcje. Kiedy wrócił spojrzeniem do córki, jego własna mina nie zmieniła się wielce – był po prostu zdziwiony.
- A cóż takiego zrobiłem? – Jego egocentryzm nie pozwolił mu skupić się wpierw na niej i na ciążących jej w sercu rozterkach. Nie był jednak aż takim okrutnikiem, żeby wcale nie zapytać o to, co doprowadziło ją do tego stanu.
- Rozejrzyj się po pomieszczeniu, jesteś już w domu – przypomniał jej, aż zanadto doświadczony w tym, jak uspokoić kogoś, w kim buzowały tak wielkie emocje. Mieli wyjątkowo podobny temperament. Sięgnął do szuflady po parę rękawiczek, które pospiesznie na siebie założył. – Znajdź w nim dwie zielone rzeczy – nie miał pojęcia, dlaczego we własnej głowie wymienił Peregrinusa jako jeden z zielonych elementów – dwie białe – zbliżył się do niej – dwie niebieskie – sięgnął ręką do jej włosów, żeby wyciągnąć z nich zaplątane liście, które umieścił w szklanym naczyniu – a teraz idź umyć ręce i twarz, a my ci zrobimy herbatę. – Mówiąc my, nie miał na myśli swojego udziału. Wypowiedziana na głos koncepcja zaparzenia herbaty była w końcu wystarczającą partycypacją w tym przedsięwzięciu.
- Spóźnia się – powiedział raz jeszcze, zaciskając przy tym zęby. Kiedy te słowa rozbrzmiały w pomieszczeniu raz jeszcze, nie brzmiały nawet odrobinkę swobodniej – cisnęły go w gardło przy każdej sylabie, a kiedy stukał palcami w blat stołu wyglądał tak, jakby jego życie miało się zaraz skończyć. – Nigdy nie pokrzyżowały mojej – odparł, nerwowo poprawiając ułożenie włosów, które i tak, nawet mimo przeczesania palcami wyglądały na o wiele gorzej ułożone niż na co dzień, jakby się ta nerwowość musiała koniecznie odbić w jego aparycji. – Jeżeli nie wróci za parę minut, to zakładaj płaszcz – poprawił go, wstając od biurka.
Przeszedł się po pomieszczeniu, z rękoma splecionymi za plecami. Zasiedział się mocno i pewnie ulżyłoby mu strzelenie karkiem, ale był na tyle spięty, aby nie wykonać takiego gestu. Przygarbiony, wędrował po Prawach Czasu spoglądając to na Trelawneya, to na jeden z zegarów.
Ciężko był odczytać to, co dokładnie chodziło mu teraz po głowie. Od momentu, w którym Annaleigh postanowiła przestać poić go amortencją, Dolohov zachowywał się po prostu dziwacznie. Często można było przyłapać go na robieniu rzeczy kompletnie do niego niepodobnych, jakby testował samego siebie i próbował przypomnieć sobie kim jest – a może raczej kim był, zanim Lestrange postanowiła zrobić z niego idiotę. Z najdurniejszych pomysłów wycofywał się całkiem szybko, odkrywając jak daleko za jego strefą komfortu leżały… inne… o innych lepiej było nie mówić. Przynajmniej nie wciągał w nie nikogo poza samym sobą.
Widząc błysk zielonego światła, odwrócił się w stronę kominka unosząc do góry rzadkie brwi. Lyssa, wbrew temu co zakładał filtrując wszystko przez kompletne czarnowidztwo, wglądała na całą i żywą. Niekoniecznie szczęśliwą, bo już po chwili zaczęła płakać. Niekoniecznie czystą, co zwiastowało, że miał rację martwiąc się na umór i zaraz usłyszy jakąś niesłychaną historię, ale…
- Moja wina?
Nasza?
Spoglądał na Peregrinusa pytająco, zatrzymał się na jego twarzy kilka długich sekund. Wpierw chciał uzyskać od niego jakąś odpowiedź, później po prostu wpatrywał się w niego zdecydowanie zbyt długo, chcąc odczytać malujące się na jego obliczu reakcje. Kiedy wrócił spojrzeniem do córki, jego własna mina nie zmieniła się wielce – był po prostu zdziwiony.
- A cóż takiego zrobiłem? – Jego egocentryzm nie pozwolił mu skupić się wpierw na niej i na ciążących jej w sercu rozterkach. Nie był jednak aż takim okrutnikiem, żeby wcale nie zapytać o to, co doprowadziło ją do tego stanu.
- Rozejrzyj się po pomieszczeniu, jesteś już w domu – przypomniał jej, aż zanadto doświadczony w tym, jak uspokoić kogoś, w kim buzowały tak wielkie emocje. Mieli wyjątkowo podobny temperament. Sięgnął do szuflady po parę rękawiczek, które pospiesznie na siebie założył. – Znajdź w nim dwie zielone rzeczy – nie miał pojęcia, dlaczego we własnej głowie wymienił Peregrinusa jako jeden z zielonych elementów – dwie białe – zbliżył się do niej – dwie niebieskie – sięgnął ręką do jej włosów, żeby wyciągnąć z nich zaplątane liście, które umieścił w szklanym naczyniu – a teraz idź umyć ręce i twarz, a my ci zrobimy herbatę. – Mówiąc my, nie miał na myśli swojego udziału. Wypowiedziana na głos koncepcja zaparzenia herbaty była w końcu wystarczającą partycypacją w tym przedsięwzięciu.
with all due respect, which is none