01.04.2023, 10:22 ✶
Dolohov napuszył się jak paw. Próbował dostrzec w siedzącej naprzeciw niego kobiecie cokolwiek, co rozpalało w nim wcześniej wszystkie te pozytywne uczucia i nie odnalazł nic. Nic, co by go pchnęło w stronę przeproszenia jej, nic do by go skusiło do zaatakowania objętego przed wejściem tu stanowiska, choćby próby spojrzenia na to inaczej. To, że nie czuł w jej kierunku nic pozytywnego, nie było do końca prawdą, ale podszyty gniewem nie potrafił działać w inny sposób, niż raniąc wszystko wokół i…
Wypadało mu jednak dopuścić do głowy tę myśl, że nawet jeżeli Annaleigh należała do osób, które mógłby darzyć szacunkiem i sympatią, to został skrzywdzony. Dotknęła go krzywda – tak po prostu – był ofiarą niecnego oszustwa. Nie wiedział, czy kobieta wpadła na to sama, czy pomagała jej w tym cholera rodzina Lestrange, ale amortencję musiała podawać mu ona. Nikt inny nie miał do niego takiego dostępu, nie był na tyle blisko. Trelawney, chociaż spotykali się często, nie jeździł z nimi przecież na wakacje, nie spędzał z nim dni wolnych. Lyssa? Pojawiła się w jego życiu o wiele za późno, aby mógł ją w tej historii brać pod uwagę. Przez sekundę chciał nawet zrzucić to wszystko na swojego dzika, ale litości – nawet jakby się okazał świniołakiem, to by tego wszystkiego nie uknuł, bo po co. Stracił więc kilka długich lat nad spuszczaniem się po każdym wypowiedzianym przez nią słowie, zapewniając jej najlepsze życie, jakie mógł sobie dla niej wyobrazić, dbając o nią jak o swój największy skarb tylko po to, żeby okazała się największą jędzą, jaką spotkał. Tak, wyrządziła mu krzywdę. Zadarł nawet głowę do góry, kiedy powtórzył w niej tę myśl. Wyrządziła mu krzywdę i nie będzie mu teraz mówiła o cywilizowanych czarodziejach, skoro sama sięgnęła takich praktyk.
- Skoro chcesz ze mną rozmawiać, to może warto byłoby porozmawiać ze mną, a nie odurzać mnie i wykorzystywać na własną korzyść przez LATA – ryknął, wyraźnie wydłużając wypowiadanie ostatniego słowa. Lata, lata, stracił na nią LATA. – Cywilizowani czarodzieje nie dolewają sobie do herbaty eliksirów miłości, ty przeklęta cholernico. Zrobiłaś ze mnie kompletnego idiotę, ale nie to, nie… wcale nie to sprawia, że mam ochotę wydłubać ci oczy. – Wyswobodził się z krępujących go więzów, stając przed nią twarzą w twarz. I nie mógł uwierzyć w to co widział. W to kogo widział. Wszystko było inne. Wszystko było takie klarowne, takie wyraźne, kiedy dostrzegał każdy detal jej twarzy i potrafił go ocenić, potrafił wyczytać z wyrazu twarzy Annaleigh targającą nią irytację. – Idź sobie do tego swojego ojca i mu powiedz, że zapomniałaś mnie zakląć swoją mysią magią, bezczelna idiotko.
Nie mógł się już w nią tak wpatrywać. Wycofał się na kilka kroków, wrzasnął jeszcze raz, kopiąc ten cholerny stolik z całych swoich sił. I chociaż nie było ich wiele, mebel trzasnął pod naporem jego kończyny, pękając wzdłuż włókien. Następnie Dolohov przeszedł się po pomieszczeniu, ocierając spoconą twarz rękoma. Wyglądał jak chodzące nieszczęście – idealny mężczyzna, na jakiego próbował pozować, nijak miał się do obrazu kulejącego, oszalałego Vasilija Dolohova, jakiego mogła teraz oglądać. Ale to był właśnie on – chaotyczny, wykonujący bezsensowne działania i raniący sam siebie – takiego by go pewnie poznała, gdyby nie wywołała w nim w sztuczny sposób ciepłych uczuć. Obsesyjnie zakochany Dolohov był zupełnie inny – spokojny, traktujący ją z należytym szacunkiem, rozmyślający nad jej szczęściem i dobrostanem przy każdej możliwej okazji, dbający o wspólne interesy, zawsze nienagannie ubrany, poprawiający włosy kiedy tylko zobaczył w czymś swoje odbicie.
- Odebrałaś mi wszystko – powiedział nagle, wbijając wzrok w lustro. Sam to chyba widział – dno, o które uderzył dziś z samego rana, orientując się w tym, co się z nim stało. Wszystko? Ale co było jego wszystkim? Jego córka, cała i zdrowa, spędzała teraz czas na zewnątrz. Jego mieszkanie, jego bogactwo – nienaruszone, przydał im się nawet kobiecy gust i ręka, a Annaleigh chociaż korzystała z ofiarowanych jej wygód i nie wstydziła się bycia żoną Dolohova, wciąż zarabiała na siebie pokaźne sumy pieniędzy płynące z prywatnej kliniki. Życie osobiste? Nie miał go przecież nigdy, jedyna kobieta, którą kochał, zostawiła go dobrych dwadzieścia lat temu, a teraz spędzał czas wyłącznie z bandą siedzących nad opasłymi książkami, starych dziadów. – Zabrałaś mi klarowność widzenia – powiedział wreszcie po dłuższej przerwie, po czym głośno przełknął ślinę. – Żebyś ty to jeszcze zrobiła z miłości, ale musiałbym być idiotą większym od ciebie, żeby w to uwierzyć… Tyś to zrobiła PO CO? Wytłumacz mi to, bo naprawdę nie rozumiem, znudziła ci się twoja kamienica i postanowiłaś zamieszkać w mojej? Ktoś cię ściga, czy o chuj ci w ogóle chodzi? Dając mi to, zabierając mi moje badania to tak, jakbym ja ci zabrał ręce i możliwość mieszania tego twojego gówna w kotle. Możesz niby trzymać chochlę zębami, ale jaki w tym sens, jaka z tego jeszcze jest przyjemność? – Naprawdę próbował przemówić jej do rozsądku? Jaki miał w tym w ogóle cel? Nie wiedział, ale potrafił chociaż spróbować zagrać na emocjach Annaleigh, na przyrównaniu go do niej samej, bo wiedział przecież, jak kochała robić to co robiła.
Odetchnął. Oparł się o komodę i przez moment wyglądał tak, jakby się naprawdę uspokoił. Nie minęło jednak nawet dziesięć sekund, a on zrzucił z tej komody lampę. A później rzeźbę, talerzyk, wszystkie wycelowane w oddalone od niego ścianę. Jeżeli cokolwiek w jej ukochanym salonie miało przetrwać jego szał, to chyba jedynie to, co zostało wcześniej przyklejone do podłogi, bo wątpliwe było, aby w tym stanie wpadł na to, żeby rozproszyć magiczny klej zaklęciem.
- Spróbuj zrobić to jeszcze raz, to ukręcę ci łeb, przysięgam to na wszystko, co do tej pory osiągnąłem. – Pogroził jej palcem. – To jest koniec. Nie możemy się teraz rozwieść, bo mam kampanię w cholernej „Czarownicy” i zdążyłem wczoraj podpisać papiery przedłożone mi przez redaktora naczelnego, ale przysięgam ci, że jeżeli choćby spróbujesz podać mi to jeszcze raz, to się dowiesz, dlaczego na mojej rodzinie ciążą wielopokoleniowe klątwy.
Jego wzrok, wypełniony pogardą, wlepił się w nią, później w znajdujące się za nią drzwi.
- Wyjeżdżam – oświadczył. – Do czasu mojego powrotu masz się wynieść z mojej sypialni. Mój wuj będzie przychodził tutaj uczyć Lyssę znaków runicznych, więc nawet nie próbuj wykonywać w jej stronę żadnych ruchów. – Poprawił ułożenie swojej muchy, jakby miało to w jakikolwiek sposób pomóc jego żałosnemu wyglądowi. – Porozmawiamy po moim powrocie.
Słowa Dolohova brzmiały już wyłącznie jak oświadczenia i rozkazy. Lestrange mogła z pewnością wyłapać znamiona jego apodyktycznej natury, nigdy jednak nie wymierzył tego tonu w nią samą. Z czułości ukrytej gdzieś pomiędzy wierszami nie ostało się już nic.
Chyba jedynie sam Absolut, wiszący nad nimi i mrugający do nich z góry wiedział, jakim cudem tej dwójce udało się dojść do jakiegokolwiek porozumienia w sprawie wspólnego życia. Nie ulegało jednak wątpliwości, że dynamika ich relacji zmieniła się już permanentnie. Uśmiechy widziane na okładce następnej „Czarownicy” były tak samo wesołe i ciepłe jak wcześniej, ale ich dusze przeżarte były wątpliwościami i niechęcią. Do siebie nawzajem, do siebie samych. Jego fani nie mogli przeoczyć tego, że Dolohov pojawiał się z żoną na salonach coraz rzadziej, chociaż to akurat musiało Annaleigh całkiem podpasować. Znajdowali się od siebie dalej, ale być może właśnie to pozwoliło im się chociaż trochę zrozumieć. Obserwując swoje poczynania z dystansu, mogli doszukać się wielu bezpośrednich podobieństw. W podejściu do życia, do pracy, do rodziny i do koneksji.
I jakkolwiek absurdalne to nie było, ta relacja wciąż dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Bo kiedy takie rzeczy się wydają, kiedy zaczyna się grać w otwarte karty, można zorientować się, że pomiędzy dwójką takich ludzi zawiązało się o wiele więcej nici, niż mógłby podejrzewać którykolwiek z Bletchleyów.
Wypadało mu jednak dopuścić do głowy tę myśl, że nawet jeżeli Annaleigh należała do osób, które mógłby darzyć szacunkiem i sympatią, to został skrzywdzony. Dotknęła go krzywda – tak po prostu – był ofiarą niecnego oszustwa. Nie wiedział, czy kobieta wpadła na to sama, czy pomagała jej w tym cholera rodzina Lestrange, ale amortencję musiała podawać mu ona. Nikt inny nie miał do niego takiego dostępu, nie był na tyle blisko. Trelawney, chociaż spotykali się często, nie jeździł z nimi przecież na wakacje, nie spędzał z nim dni wolnych. Lyssa? Pojawiła się w jego życiu o wiele za późno, aby mógł ją w tej historii brać pod uwagę. Przez sekundę chciał nawet zrzucić to wszystko na swojego dzika, ale litości – nawet jakby się okazał świniołakiem, to by tego wszystkiego nie uknuł, bo po co. Stracił więc kilka długich lat nad spuszczaniem się po każdym wypowiedzianym przez nią słowie, zapewniając jej najlepsze życie, jakie mógł sobie dla niej wyobrazić, dbając o nią jak o swój największy skarb tylko po to, żeby okazała się największą jędzą, jaką spotkał. Tak, wyrządziła mu krzywdę. Zadarł nawet głowę do góry, kiedy powtórzył w niej tę myśl. Wyrządziła mu krzywdę i nie będzie mu teraz mówiła o cywilizowanych czarodziejach, skoro sama sięgnęła takich praktyk.
- Skoro chcesz ze mną rozmawiać, to może warto byłoby porozmawiać ze mną, a nie odurzać mnie i wykorzystywać na własną korzyść przez LATA – ryknął, wyraźnie wydłużając wypowiadanie ostatniego słowa. Lata, lata, stracił na nią LATA. – Cywilizowani czarodzieje nie dolewają sobie do herbaty eliksirów miłości, ty przeklęta cholernico. Zrobiłaś ze mnie kompletnego idiotę, ale nie to, nie… wcale nie to sprawia, że mam ochotę wydłubać ci oczy. – Wyswobodził się z krępujących go więzów, stając przed nią twarzą w twarz. I nie mógł uwierzyć w to co widział. W to kogo widział. Wszystko było inne. Wszystko było takie klarowne, takie wyraźne, kiedy dostrzegał każdy detal jej twarzy i potrafił go ocenić, potrafił wyczytać z wyrazu twarzy Annaleigh targającą nią irytację. – Idź sobie do tego swojego ojca i mu powiedz, że zapomniałaś mnie zakląć swoją mysią magią, bezczelna idiotko.
Nie mógł się już w nią tak wpatrywać. Wycofał się na kilka kroków, wrzasnął jeszcze raz, kopiąc ten cholerny stolik z całych swoich sił. I chociaż nie było ich wiele, mebel trzasnął pod naporem jego kończyny, pękając wzdłuż włókien. Następnie Dolohov przeszedł się po pomieszczeniu, ocierając spoconą twarz rękoma. Wyglądał jak chodzące nieszczęście – idealny mężczyzna, na jakiego próbował pozować, nijak miał się do obrazu kulejącego, oszalałego Vasilija Dolohova, jakiego mogła teraz oglądać. Ale to był właśnie on – chaotyczny, wykonujący bezsensowne działania i raniący sam siebie – takiego by go pewnie poznała, gdyby nie wywołała w nim w sztuczny sposób ciepłych uczuć. Obsesyjnie zakochany Dolohov był zupełnie inny – spokojny, traktujący ją z należytym szacunkiem, rozmyślający nad jej szczęściem i dobrostanem przy każdej możliwej okazji, dbający o wspólne interesy, zawsze nienagannie ubrany, poprawiający włosy kiedy tylko zobaczył w czymś swoje odbicie.
- Odebrałaś mi wszystko – powiedział nagle, wbijając wzrok w lustro. Sam to chyba widział – dno, o które uderzył dziś z samego rana, orientując się w tym, co się z nim stało. Wszystko? Ale co było jego wszystkim? Jego córka, cała i zdrowa, spędzała teraz czas na zewnątrz. Jego mieszkanie, jego bogactwo – nienaruszone, przydał im się nawet kobiecy gust i ręka, a Annaleigh chociaż korzystała z ofiarowanych jej wygód i nie wstydziła się bycia żoną Dolohova, wciąż zarabiała na siebie pokaźne sumy pieniędzy płynące z prywatnej kliniki. Życie osobiste? Nie miał go przecież nigdy, jedyna kobieta, którą kochał, zostawiła go dobrych dwadzieścia lat temu, a teraz spędzał czas wyłącznie z bandą siedzących nad opasłymi książkami, starych dziadów. – Zabrałaś mi klarowność widzenia – powiedział wreszcie po dłuższej przerwie, po czym głośno przełknął ślinę. – Żebyś ty to jeszcze zrobiła z miłości, ale musiałbym być idiotą większym od ciebie, żeby w to uwierzyć… Tyś to zrobiła PO CO? Wytłumacz mi to, bo naprawdę nie rozumiem, znudziła ci się twoja kamienica i postanowiłaś zamieszkać w mojej? Ktoś cię ściga, czy o chuj ci w ogóle chodzi? Dając mi to, zabierając mi moje badania to tak, jakbym ja ci zabrał ręce i możliwość mieszania tego twojego gówna w kotle. Możesz niby trzymać chochlę zębami, ale jaki w tym sens, jaka z tego jeszcze jest przyjemność? – Naprawdę próbował przemówić jej do rozsądku? Jaki miał w tym w ogóle cel? Nie wiedział, ale potrafił chociaż spróbować zagrać na emocjach Annaleigh, na przyrównaniu go do niej samej, bo wiedział przecież, jak kochała robić to co robiła.
Odetchnął. Oparł się o komodę i przez moment wyglądał tak, jakby się naprawdę uspokoił. Nie minęło jednak nawet dziesięć sekund, a on zrzucił z tej komody lampę. A później rzeźbę, talerzyk, wszystkie wycelowane w oddalone od niego ścianę. Jeżeli cokolwiek w jej ukochanym salonie miało przetrwać jego szał, to chyba jedynie to, co zostało wcześniej przyklejone do podłogi, bo wątpliwe było, aby w tym stanie wpadł na to, żeby rozproszyć magiczny klej zaklęciem.
- Spróbuj zrobić to jeszcze raz, to ukręcę ci łeb, przysięgam to na wszystko, co do tej pory osiągnąłem. – Pogroził jej palcem. – To jest koniec. Nie możemy się teraz rozwieść, bo mam kampanię w cholernej „Czarownicy” i zdążyłem wczoraj podpisać papiery przedłożone mi przez redaktora naczelnego, ale przysięgam ci, że jeżeli choćby spróbujesz podać mi to jeszcze raz, to się dowiesz, dlaczego na mojej rodzinie ciążą wielopokoleniowe klątwy.
Jego wzrok, wypełniony pogardą, wlepił się w nią, później w znajdujące się za nią drzwi.
- Wyjeżdżam – oświadczył. – Do czasu mojego powrotu masz się wynieść z mojej sypialni. Mój wuj będzie przychodził tutaj uczyć Lyssę znaków runicznych, więc nawet nie próbuj wykonywać w jej stronę żadnych ruchów. – Poprawił ułożenie swojej muchy, jakby miało to w jakikolwiek sposób pomóc jego żałosnemu wyglądowi. – Porozmawiamy po moim powrocie.
Słowa Dolohova brzmiały już wyłącznie jak oświadczenia i rozkazy. Lestrange mogła z pewnością wyłapać znamiona jego apodyktycznej natury, nigdy jednak nie wymierzył tego tonu w nią samą. Z czułości ukrytej gdzieś pomiędzy wierszami nie ostało się już nic.
Chyba jedynie sam Absolut, wiszący nad nimi i mrugający do nich z góry wiedział, jakim cudem tej dwójce udało się dojść do jakiegokolwiek porozumienia w sprawie wspólnego życia. Nie ulegało jednak wątpliwości, że dynamika ich relacji zmieniła się już permanentnie. Uśmiechy widziane na okładce następnej „Czarownicy” były tak samo wesołe i ciepłe jak wcześniej, ale ich dusze przeżarte były wątpliwościami i niechęcią. Do siebie nawzajem, do siebie samych. Jego fani nie mogli przeoczyć tego, że Dolohov pojawiał się z żoną na salonach coraz rzadziej, chociaż to akurat musiało Annaleigh całkiem podpasować. Znajdowali się od siebie dalej, ale być może właśnie to pozwoliło im się chociaż trochę zrozumieć. Obserwując swoje poczynania z dystansu, mogli doszukać się wielu bezpośrednich podobieństw. W podejściu do życia, do pracy, do rodziny i do koneksji.
I jakkolwiek absurdalne to nie było, ta relacja wciąż dawała mu poczucie bezpieczeństwa. Bo kiedy takie rzeczy się wydają, kiedy zaczyna się grać w otwarte karty, można zorientować się, że pomiędzy dwójką takich ludzi zawiązało się o wiele więcej nici, niż mógłby podejrzewać którykolwiek z Bletchleyów.
Koniec sesji
with all due respect, which is none