W gruncie rzeczy zawierała w sobie półmisek pozornej pogody ducha i szczyptę agresji – tej niezawoalowanej, która uchodziła z klatki piersiowej jedynie w sytuacjach krytycznych; budziła się w niej nagłe okrucieństwo i absolutny brak granic czy sentymentów. Gotowa była krzywdzić nawet bliskich, jeśli to zbliżyłoby ją do oświetlonego wątle celu – jej miłość bezwarunkowa ograniczała się wyłącznie do brata, za którego krzywdę zabiłaby bez cienia zawahania. Poza tym faktorem, była bezwzględna i okrutna, a bestia, która mościła się na dnie duszy była niejako spragniona krwi. Prawdopodobnie po to chowała się w jej cieniu, ujmując towarzyską energią, intensywnie czerwoną aurą i westchnięciami puentującymi miękkie, rozlewające się uśmiechy.
Gdyby nie rychło zbliżający się mariaż z Leandrem, który miał zaznaczyć jej dłoń obrączką, już dawno zakręciłaby się wokół osoby Murtagha. Był inny niż jej przeszły narzeczony; bardziej stonowany i spokojny w swej stalowej osobie; bardziej budzący lęk i niepokój. Ona zaś – ulegała mężczyznom, którzy napawali ją nutą strachu.
Uśmiech rozciągnął jej wargi w szerokim uśmiechu, gdy wspięła się na same czubki palców, oddechem umiejscawiając się gdzieś w okolicy jego szyi. Ułożyła jedną dłoń na jej boku, lekko wbijając się w skórę paznokciami.
– Podziwiaj mnie zatem – rzekła półgłosem. – Potraktuj to jako zaproszenie – będę przy tobie malować. Jesteś inspiracją i to nie byle jaką – dokończyła, odsuwając się od niego ponownie na krok, przerywając ten nagły paroksyzm bliskości.
Zaintrygowanie rozlało się po jej obliczu niczym słodki, późnoletni sok. Dopiero po chwili napomniała samą siebie, iż wpatrywanie się tak głęboko w cudze oblicze może uchodzić za społeczne faux pas. A ona, pomimo pewnego dualizmu duszy, dbała o swój wizerunek.
Ten jednak przestawał być tak istotny przy jego osobie.
– Doprawdy? W zasadzie nigdy nie uważałam się za trudną do odczytania. Mógłbyś jednak wiedzieć więcej; to ciekawe, że znasz dotychczas tylko moją powłokę – odparła, swoje słowa potęgując surowym tonem.