po zmierzchu
Musiałeś czuć się w tym stroju o wiele komiczniej, niż zakładałeś na początku, bo kiedy spróbowałeś wykrzesać z siebie drzemiącą w tobie, siejącą grozę moc, nie wydarzyło się nic. Przylegająca do twojej twarzy maska skutecznie ochroniła cię przed unoszącym się w powietrzu pyłem, a wykształtowany z energii magicznej ogień pomknął dokładnie tam, gdzie sobie tego życzyłeś. Usłyszałeś piski i krzyki, kiedy snopy rozbiły się przed nogami ludzi, a wkrótce po tym twoich nozdrzy sięgnął smród palonych ozdób, które kapłanki Macmillanów rozwiesiły dzisiaj rano po drzewach. Zrujnowane ozdoby i poprzecinane drogi ucieczki nie mogły jednak równać się wizji odebrania komuś życia, więc zaklęcia szalonej wiedźmy, która została dobrana z tobą w parę mającą uniemożliwić czarodziejom wbiegnięcie na drogę prowadzącą do Doliny, okazały się o wiele bardziej okrutne. Pierwsze udało się słabo, ale okalający was dym i tak wspomógł jego działanie. Drugie – udane, od razu zadzwoniło Lorettcie w uszach, przypominając jej tak dobrze znane i uwielbiane uczucie posiadania nad przerażonymi ofiarami pełnej kontroli. Czar objął swoim działaniem ledwie cztery, może pięć osób, ale tych pięć osób, ni stąd i ni zowąd rzucających się do gardeł tym, którzy uciekali razem z nimi, pozostawiało w twoich ustach posmak czarnomagicznego popiołu.
Otaczał was ten chaos. Chaos, który wywołaliście z premedytacją. W tym chaosie znalazły się tylko dwie jednostki, które nie próbowały przedostać się za rosnącą za waszymi plecami ścianę ognia. Dwie postacie dorosłych mężczyzn, odzianych w czarodziejskie szaty, którzy musieli wychwycić smród płonących drzew i zbliżyć się do was. Rozpoznali was po maskach i błyskawicznie wyciągnęli swoje różdżki. Nie wycelowali ich w waszą dwójkę, tylko w ścieżkę za waszymi plecami – próbowali wpierw usunąć efekty waszych zaklęć.
Rzut Z 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 60
Sukces!
Sukces!
Dwa szybkie machnięcia, a później stanęli ramię w ramię.
- Stańcie z nami do walki, tchórze! – Ryknął jeden z nich, a wokół jego stóp rozlał się krąg białego światła. Wyzywali was na pojedynek, tu i teraz, a ten krąg biegł w waszym kierunku i chociaż was nie zaatakował, wyznaczył fragment ścieżki, rozmiarami przypominający parkiet do pojedynku. Nie rozpoznaliście tych mężczyzn*, ale w tym absurdzie goniącym absurd musieliście założyć, że przynajmniej jeden z nich był cholernym Longbottomem.
@Sauriel Rookwood @Loretta Lestrange Zostaliście wyzwani na czarodziejski pojedynek przewagą Longbottomów. Otrzymujecie po dwa zaklęcia na post, wy pierwsi przechodzicie do ofensywy. Wasze zaklęcia mogą objąć tylko jednego z mężczyzn i nie możecie opuścić parkietu do jego końca, ale możecie korzystać z tego, co znajduje się w okolicy, aby to przenieść lub wykorzystać jako źródło... czegoś. Pojedynek kończy się w chwili rozbrojenia lub omdlenia. Którejkolwiek ze stron. * - Zakładam, że nie znacie ojca Danielle. Jeżeli go jednak znacie – to ojciec Danielle.