02.04.2023, 02:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.04.2023, 02:08 przez Elliott Malfoy.)
- Największego szczęściarza na polanie. - pociągnął ten żart, próbując się nie roześmiać, bo brzmiało to niesamowicie tandetnie. Tekst rodem wyciągnięty z romansideł dla zdesperowanych pań domu wyobrażających sobie swoja romantyczną podróż z najprzystojniejszym czarodziejem, jakiego w życiu poznały (Elliottowi nie pomagał fakt, że mógł bez problemu przypisać ten tytuł Erikowi).
Zadowolenie Longbottoma przysłoniło blondynowi wszystkie inne zmartwienia, wątpliwości i powiewy chłodnych wspomnień mniej szczęśliwych momentów, które jeszcze chwile temu targały jego umysłem. Szybko zapomniał o towarzyszach, którzy opuścili ich nie tak przecież dawno temu, a cała reszta Polany wydawała się jedynie tłem do rozmowy, która prowadzili, do spojrzeń które sobie rzucali.
- Jak sobie wyobrażasz, że miałbym ci zrobić krzywdę, Erik? - dopytał, unosząc brwi, chociaż tego gestu drugi mężczyzna nie mógł już zauważyć. Postawił krok do przodu, zmniejszając dystans pomiędzy nimi.
- Mógłbym ci wbić obcas buta w stopę, ale to wątpliwa krzywda, dałbyś sobie radę, jesteś dużym chłopcem - zagadnął, pozwalając tonowi głosu brzmieć tak, jakby faktycznie zastanawiał się nad wykonaniem takiej akcji - Jakbym wyciągnął różdżkę to może faktycznie nie skończyłoby się to tak wesoło, ale po co miałbym to robić? Nie po nią sięgałem do kieszeni - wyjaśnił zaraz i wyciągnął rękę, sięgając za plecy rozmówcy, aby złapać jedną z jego splecionych dłoni i pociągnąć ją tak, aby wyciągnął ją przed siebie.
- Podaj mi dłoń i nie otwieraj oczu - poinstruował spokojnym tonem i jeżeli jego prośba została spełniona to położył Erikowi na ręce jedna połowę bransoletki z gwiazdką, którą kupił na jednym ze straganów, zanim zaczął zaplatać wianki. Drugą część biżuterii trzymał w ręce, czując się przy tym niesamowicie infantylnie. Takie rzeczy robili zakochani nastolatkowie, a on był po trzydziestce.
Westchnął w duchu.
Nie miał na to czasu w szkole, nie miał też później, wiecznie w strachu, ukryciu, umykając przed okazywaniem czającej się w jego wnętrzu miłości. Nigdy by się nie spodziewał, że potrafił tak otwarcie i bez skrępowania obdarzać drugą osobę, tak jawnie adorującymi gestami, w tak publicznym miejscu.
Beltane wydawało się żyć własnym życiem, płynąć według własnego nurtu.
Jakby nie było jutra, jakby konwenanse życia codziennego nie mogły ich tutaj dosięgnąć.
- Możesz otworzyć - dodał, zadowolony z siebie.
Nie uciekł spojrzeniem, ale jego uśmiech był odrobinę bardziej skrępowany, jakby faktycznie martwił się reakcją Erika. Trudno było to wywnioskować, bo wyraz twarzy nie należał do takich, którymi Malfoy posługuje się na codzień. Był niesawmocie szczery w swojej nieporadności.
- Zobaczyłem ją na straganie - te z serduszkami były zbyt oczywiste, dopowiedział w myślach - i pomyślałem o tobie, bo przecież jesteś. Taką. Dość jasno. Świecącą. Gwiazdą. Dla mnie przynajmniej. Dla mnie na pewno. Nie obchodzi mnie zbytnio co myślą inni. - każde słowo niosło ze sobą więcej ciężaru, bo wraz z wypowiadaniem ich Elliott odchodził od bezpiecznej strefy niedopowiedzenia i braku bezpośredniości. Wyrażanie tego, co czuł zawsze było dla niego trudne, nawet w czterech ścianach, a co dopiero na polanie pełnej festynowiczów.
Cała ta sytuacja wydawała się absurdalna, ale sprawiała, ze serce przyspieszało mu w ten charakterystyczny sposób, jaki nadawał kolejnym dniom i oddechom sens.
Zadowolenie Longbottoma przysłoniło blondynowi wszystkie inne zmartwienia, wątpliwości i powiewy chłodnych wspomnień mniej szczęśliwych momentów, które jeszcze chwile temu targały jego umysłem. Szybko zapomniał o towarzyszach, którzy opuścili ich nie tak przecież dawno temu, a cała reszta Polany wydawała się jedynie tłem do rozmowy, która prowadzili, do spojrzeń które sobie rzucali.
- Jak sobie wyobrażasz, że miałbym ci zrobić krzywdę, Erik? - dopytał, unosząc brwi, chociaż tego gestu drugi mężczyzna nie mógł już zauważyć. Postawił krok do przodu, zmniejszając dystans pomiędzy nimi.
- Mógłbym ci wbić obcas buta w stopę, ale to wątpliwa krzywda, dałbyś sobie radę, jesteś dużym chłopcem - zagadnął, pozwalając tonowi głosu brzmieć tak, jakby faktycznie zastanawiał się nad wykonaniem takiej akcji - Jakbym wyciągnął różdżkę to może faktycznie nie skończyłoby się to tak wesoło, ale po co miałbym to robić? Nie po nią sięgałem do kieszeni - wyjaśnił zaraz i wyciągnął rękę, sięgając za plecy rozmówcy, aby złapać jedną z jego splecionych dłoni i pociągnąć ją tak, aby wyciągnął ją przed siebie.
- Podaj mi dłoń i nie otwieraj oczu - poinstruował spokojnym tonem i jeżeli jego prośba została spełniona to położył Erikowi na ręce jedna połowę bransoletki z gwiazdką, którą kupił na jednym ze straganów, zanim zaczął zaplatać wianki. Drugą część biżuterii trzymał w ręce, czując się przy tym niesamowicie infantylnie. Takie rzeczy robili zakochani nastolatkowie, a on był po trzydziestce.
Westchnął w duchu.
Nie miał na to czasu w szkole, nie miał też później, wiecznie w strachu, ukryciu, umykając przed okazywaniem czającej się w jego wnętrzu miłości. Nigdy by się nie spodziewał, że potrafił tak otwarcie i bez skrępowania obdarzać drugą osobę, tak jawnie adorującymi gestami, w tak publicznym miejscu.
Beltane wydawało się żyć własnym życiem, płynąć według własnego nurtu.
Jakby nie było jutra, jakby konwenanse życia codziennego nie mogły ich tutaj dosięgnąć.
- Możesz otworzyć - dodał, zadowolony z siebie.
Nie uciekł spojrzeniem, ale jego uśmiech był odrobinę bardziej skrępowany, jakby faktycznie martwił się reakcją Erika. Trudno było to wywnioskować, bo wyraz twarzy nie należał do takich, którymi Malfoy posługuje się na codzień. Był niesawmocie szczery w swojej nieporadności.
- Zobaczyłem ją na straganie - te z serduszkami były zbyt oczywiste, dopowiedział w myślach - i pomyślałem o tobie, bo przecież jesteś. Taką. Dość jasno. Świecącą. Gwiazdą. Dla mnie przynajmniej. Dla mnie na pewno. Nie obchodzi mnie zbytnio co myślą inni. - każde słowo niosło ze sobą więcej ciężaru, bo wraz z wypowiadaniem ich Elliott odchodził od bezpiecznej strefy niedopowiedzenia i braku bezpośredniości. Wyrażanie tego, co czuł zawsze było dla niego trudne, nawet w czterech ścianach, a co dopiero na polanie pełnej festynowiczów.
Cała ta sytuacja wydawała się absurdalna, ale sprawiała, ze serce przyspieszało mu w ten charakterystyczny sposób, jaki nadawał kolejnym dniom i oddechom sens.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦