27.10.2022, 17:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.02.2023, 21:20 przez Eunice Malfoy.)
Bogactwo w pewnych przypadkach było niekwestionowaną zaletą - pomagało wyciągnąć z tarapatów, zarówno siebie jak i bliskich, służyło też ocieplaniu wizerunku, przy odpowiednim wydatkowaniu galeonów. A czyż mogło być coś lepszego do tego celu niż działalność charytatywna, która finansowała szczytne cele?
No właśnie.
Stąd też młodziutka Malfoyówna, a raczej - od raptem paru miesięcy pani Black - zgodziła się na spotkanie, będąc świadomą, mimo swej młodości, że kwestie wizerunkowe są niezwykle ważne. Cóż, nie ma to jak się wychowywać w rodzinie byłego Ministra Magii, gdzie kładziono nacisk na takie aspekty, co było zresztą całkiem zrozumiałe. Jak bowiem zaskarbić sympatię ludu i zdobyć jego głosy, jeśli nie metaforycznym łaszeniem się do niego i ukazywaniem ze wszystkich stron, że o "patrzcie, ten kandydat jest idealny - i pomoże, i porządek zrobi, gdzie trzeba!" czy coś w ten deseń? Zaś dobre uczynki zawsze były czymś, co znakomicie się sprawdzało przy wzbudzaniu cieplejszych odczuć.
Eunice oczywiście nazwisko Longbottomów kojarzyła, tak samo jak fakt, iż ród ten został wpisany do sławetnego Skorowidzu - co poniekąd działało teraz na korzyść Brenny, jeśli spojrzeć na to, jakim wartościom co do zasady hołdowała przede wszystkim rodzina Malfoy; o wartościach Blacków w przypadku tak krótkiego stażu w tej rodzinie raczej ciężko mówić, chyba że młodziutka pani tego domu - kamienicy na ulicy Horyzontalnej, ściślej rzecz ujmując - była zahukaną istotką, niezwykle podatną na wpływy. W końcu tak też mogło być, prawda?
Co mogło być zaskoczeniem - drzwi wcale nie otworzył ktoś w stroju sugerującym przynależność do służby, ale drobna blondynka, o jasnych, niebieskich oczach; niższa od Brenny, pomimo całkiem konkretnego obcasa. W stroju postawiła na prostotę – czarna, ołówkowa sukienka, kończąca się tuż za kolanem. Prosta elegancja, wzbogacona szafirową biżuterią. Teoretycznie z racji wieku i skojarzeń z tą barwą, nie powinna była nosić czerni, jednakże... no, nazwisko zobowiązywało. Choć pod tym względem jej się tu poszczęściło - czerń pasowała do typu urody, jaką sobą reprezentowała, bynajmniej nie przytłaczała.
- Panna Longbottom? Zapraszam - odezwała się czystym, dźwięcznym głosem, odsuwając się od drzwi tak, by Brenna mogła wejść. - Mam nadzieję, że podróż nie była ciężka? - spytała kurtuazyjnie, prowadząc gościa do salonu - obszernego pomieszczenia, gdzie można było dostrzec, iż gospodyni przygotowała się zawczasu – na stoliku ustawiono paterę, wypełnioną ciastkami.
- Kawa, herbata? Coś mocniejszego? – spytała, zapraszającym gestem wskazując jeden z foteli.
No właśnie.
Stąd też młodziutka Malfoyówna, a raczej - od raptem paru miesięcy pani Black - zgodziła się na spotkanie, będąc świadomą, mimo swej młodości, że kwestie wizerunkowe są niezwykle ważne. Cóż, nie ma to jak się wychowywać w rodzinie byłego Ministra Magii, gdzie kładziono nacisk na takie aspekty, co było zresztą całkiem zrozumiałe. Jak bowiem zaskarbić sympatię ludu i zdobyć jego głosy, jeśli nie metaforycznym łaszeniem się do niego i ukazywaniem ze wszystkich stron, że o "patrzcie, ten kandydat jest idealny - i pomoże, i porządek zrobi, gdzie trzeba!" czy coś w ten deseń? Zaś dobre uczynki zawsze były czymś, co znakomicie się sprawdzało przy wzbudzaniu cieplejszych odczuć.
Eunice oczywiście nazwisko Longbottomów kojarzyła, tak samo jak fakt, iż ród ten został wpisany do sławetnego Skorowidzu - co poniekąd działało teraz na korzyść Brenny, jeśli spojrzeć na to, jakim wartościom co do zasady hołdowała przede wszystkim rodzina Malfoy; o wartościach Blacków w przypadku tak krótkiego stażu w tej rodzinie raczej ciężko mówić, chyba że młodziutka pani tego domu - kamienicy na ulicy Horyzontalnej, ściślej rzecz ujmując - była zahukaną istotką, niezwykle podatną na wpływy. W końcu tak też mogło być, prawda?
Co mogło być zaskoczeniem - drzwi wcale nie otworzył ktoś w stroju sugerującym przynależność do służby, ale drobna blondynka, o jasnych, niebieskich oczach; niższa od Brenny, pomimo całkiem konkretnego obcasa. W stroju postawiła na prostotę – czarna, ołówkowa sukienka, kończąca się tuż za kolanem. Prosta elegancja, wzbogacona szafirową biżuterią. Teoretycznie z racji wieku i skojarzeń z tą barwą, nie powinna była nosić czerni, jednakże... no, nazwisko zobowiązywało. Choć pod tym względem jej się tu poszczęściło - czerń pasowała do typu urody, jaką sobą reprezentowała, bynajmniej nie przytłaczała.
- Panna Longbottom? Zapraszam - odezwała się czystym, dźwięcznym głosem, odsuwając się od drzwi tak, by Brenna mogła wejść. - Mam nadzieję, że podróż nie była ciężka? - spytała kurtuazyjnie, prowadząc gościa do salonu - obszernego pomieszczenia, gdzie można było dostrzec, iż gospodyni przygotowała się zawczasu – na stoliku ustawiono paterę, wypełnioną ciastkami.
- Kawa, herbata? Coś mocniejszego? – spytała, zapraszającym gestem wskazując jeden z foteli.