Gdy Brenna zaciągnęła mnie z Danielle do lasu byłem zdecydowanie bardzo zaskoczony. Inna sprawa jak przynosiła mi przedmioty do odczarowania, a inna jak zabierała mnie w teren. Wiadomo, że byłem zdecydowanie bardziej kulą u nogi niż przydatnym towarzyszem, ale z drugiej strony bardzo cieszyłem się jak ktoś mnie wyciągał w teren. Mimo braku wzroku starałem się być przydatny i jak najmniej wadzić. Słuchałem uważnie szczegółów, które wyrzucała z siebie Brenna. Lubiłem ją za to, że była tak bardzo gadatliwa. Sam nie należałem do milczących osób, więc potrafiliśmy nie raz nie kończyć zaczętych historii bo zbyt szybko przechodziliśmy z tematów.
Bell szedł tuż obok mnie informując mnie o nadchodzących korzeniach i gałęziach. Raz czy dwa prawie się przewróciłem, ale szybko wracałem do utrzymywania pionu. Różdżka informowała mnie tylko o większych przedmiotach jakimi były trzewa, ale w lesie naprawdę było mi ciężko złapać równowagę. Starałem się jednak nie spowalniać dziewczyn i nie prosić o pomoc, ponieważ nie chciałem przyznawać się, że jestem od nich słabszy. Bell doskonale o tym wiedział i mimo wrednych docinek starał się mnie prowadzić dobrze.
— Co ma na sobie? Jakieś naszyjniki, pierścienie? Coś co wskazywałoby jakby miała na sobie jakiś przedmiot, który mógłby być źródłem tej sytuacji? – zapytałem od razu, gdy dotarliśmy na miejsce. – Może są jakieś choroby, które coś takiego czynią? – dodałem jeszcze nie wykluczając niczego, a taka burza mózgów naprawdę mi pomagała. — Próbowałaś ją dotykać? – zapytałem i podszedłem do posągu. Różdżka zaczęła mocniej drżeć, co oznaczało, że byłem blisko tego dziwnego zjawiska. Wyciągnąłem wolną dłoń i złapałem za ramię zaklętej kobiety.
Rzut na percepcje:
Slaby sukces...
Na wiedzę o świecie:
Sukces!
Następnie postanowiłem rozproszyć chociaż na chwilę czar, aby usłyszeć co dzieje się z kobietą. Może powie coś tym razem, może uda się z nią nawiązać kontakt. Brenna mówiła, że ona tylko krzyczy, ale spróbować nie zawadzi.
Na rozproszenie:
Akcja nieudana