02.04.2023, 15:51 ✶
W pierwszej chwili całkowicie nie zrozumiała.
Zaskakiwała wyglądem – niby dlaczego? Co do zasady starała się wyglądać perfekcyjnie, choć czasem o to ciężko, zwłaszcza gdy wypadały godziny w Mungu. Trudno, żeby uzdrowicielskie fartuchy były idealnie dopasowane, wybitnie twarzowe i tak dalej, nie mówiąc już o ich nieskazitelnej czystości – bo przecież bywało różnie. Ale to nie tylko kwestia samego ubioru… Obróciła dość gwałtownie głowę, spoglądając badawczo na Ulyssesa, rozważając słowa, jakie powinny teraz paść. Może źle odczytała to, co miał na myśli?
… och.
- Dlaczego? Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego – stwierdziła w końcu. Wygląd był fasadą, elementem kłamstwa, jakie się tkało przed oczyma wszystkich. Fasadą i podstawą – bo ludzie przede wszystkim oceniali to, co widziały ich oczy. Bo jakkolwiek by nie patrzeć, była Malfoy, pochodziła z takiej a nie innej rodziny; okazywanie zaś słabości nie było czymś, co wpisywało się w wychowanie latorośli potomków byłego Ministra Magii.
Nie – ludzie mieli widzieć to, co im się pokazywało, a nie to, co było prawdziwe. Tylko tyle i aż tyle.
Przy czym nie rozumiała też, skąd w ogóle takie zaskoczenie – sam Ulysses przecież był mężczyzną, którego postrzegała jako perfekcyjnego w każdym calu. Wszystko idealnie wypolerowane, w kant – nie było tu przestrzeni na jakiekolwiek odstępstwo. Dlaczego więc…?
Niemniej tę uwagę koniec końców postanowiła zachować dla siebie. Nie wszystko było takie proste, jak mogłoby się wydawać.
Jeśli będę mieć żonę. W tym świecie mimo wszystko trudno o to, by nie zostać związanym węzłem małżeńskim – i to niekoniecznie z własnej woli. Sojusze pomiędzy rodzinami przechodziły na pierwszy plan, nie zauważając rzeczywistych pragnień tych. Których się wypychało na ślubny kobierzec. Tak że w oczach Eunice nie było „jeśli”, tylko „kiedy”. Zwłaszcza że była całkiem pewna, iż prędzej czy później oczy Fortinbrasa znów na niej spoczną, a ojcowski palec wskaże kolejnego wybranka. Nie wyszło z Blackiem, może wyjdzie z kimś innym.
Chwilowo jednak nie musiała się o to martwić; cała afera, jakiej dopiero co była uczestniczką, musiała najpierw choć trochę zatrzeć się w pamięci. Ba, zapewniała nawet samą siebie, że natychmiast by odmówiła kolejnego zamążpójścia, gdyby miało dojść do tego teraz czy w przeciągu najbliższych miesięcy.
Tak, zdecydowanie się sparzyła na ostatnim – narzuconym – związku i niezbyt chciała ponownie dać się wtłoczyć w tę samą rolę.
- Mam nadzieję, że będą dobrze służyć – stwierdziła, całkiem szczerze. Bo jakkolwiek by nie patrzeć, małżeństwo mogło być piekłem nie tylko dla żony, ale i męża – a Rookwooda na tyle darzyła sympatią, by nie życzyć mu źle.
Wsparła się biodrem o parapet, znacznie poważniejąc. Sprawa. Tak. I nawet nie musiała pytać, jaka to dokładnie sprawa – zwłaszcza że to nie tak, iż pozostawała całkiem poza strukturami zwolenników Czarnego Pana. Przysługa tu, przysługa tam, a teraz… eliksiry. Właściwie to niewiele, łatwiejsze do ukrycia niż obecność pewnych osób w Rosemary House, gdyby ktoś wpadł na pomysł sprawdzenia, co się dokładnie tam dzieje, idealnie w tej chwili, gdy wiejska posiadłość – wbrew pozorom – nie pozostawała pusta.
- Wiem – przyznała bez mrugnięcia okiem. Mung bywał dość ryzykowną opcją, nie zawsze też pod ręką znajdował się uzdrowiciel sprzyjający sprawie. Wahała się nad przyjęciem prośby? Twarz w teorii niczego nie wyrażała, jednakże chwilę ciszy zapewne można było zinterpretować w dokładnie ten sposób.
Czy już nie dość z siebie dawała? Jak nie jedni, to drudzy czegoś chcieli i… och, może faktycznie najlepszą opcją byłoby zakopanie się w łóżku z pudełkiem lodów, zamiast pokazywać się światu. Tyle że Eunice jednak taka nie była – świat nie mógł dostrzec słabości.
- Da się zrobić – stwierdziła, splatając ręce na piersi, przyglądając się Rookwoodowi. I dochodziła do wniosku, ze chyba nie tylko ona sama miała pewien problem z tą prośbą. Ewidentnie w postawie mężczyzny było coś, co sygnalizowało, że nie czuł się z tym komfortowo – Tylko, oczywiście, nie tak od razu. Najpierw muszę się odpowiednio urządzić – bo przecież nie będzie po kryjomu korzystać z pracowni w Mungu czy też wracać do rodzinnego domu, aby korzystać z zaplecza w posiadłości. Nie, jeśli miała cokolwiek robić, to jednak na własnych warunkach i z dala od rodziców.
- Czy to jest akceptowalne?
Zaskakiwała wyglądem – niby dlaczego? Co do zasady starała się wyglądać perfekcyjnie, choć czasem o to ciężko, zwłaszcza gdy wypadały godziny w Mungu. Trudno, żeby uzdrowicielskie fartuchy były idealnie dopasowane, wybitnie twarzowe i tak dalej, nie mówiąc już o ich nieskazitelnej czystości – bo przecież bywało różnie. Ale to nie tylko kwestia samego ubioru… Obróciła dość gwałtownie głowę, spoglądając badawczo na Ulyssesa, rozważając słowa, jakie powinny teraz paść. Może źle odczytała to, co miał na myśli?
… och.
- Dlaczego? Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego – stwierdziła w końcu. Wygląd był fasadą, elementem kłamstwa, jakie się tkało przed oczyma wszystkich. Fasadą i podstawą – bo ludzie przede wszystkim oceniali to, co widziały ich oczy. Bo jakkolwiek by nie patrzeć, była Malfoy, pochodziła z takiej a nie innej rodziny; okazywanie zaś słabości nie było czymś, co wpisywało się w wychowanie latorośli potomków byłego Ministra Magii.
Nie – ludzie mieli widzieć to, co im się pokazywało, a nie to, co było prawdziwe. Tylko tyle i aż tyle.
Przy czym nie rozumiała też, skąd w ogóle takie zaskoczenie – sam Ulysses przecież był mężczyzną, którego postrzegała jako perfekcyjnego w każdym calu. Wszystko idealnie wypolerowane, w kant – nie było tu przestrzeni na jakiekolwiek odstępstwo. Dlaczego więc…?
Niemniej tę uwagę koniec końców postanowiła zachować dla siebie. Nie wszystko było takie proste, jak mogłoby się wydawać.
Jeśli będę mieć żonę. W tym świecie mimo wszystko trudno o to, by nie zostać związanym węzłem małżeńskim – i to niekoniecznie z własnej woli. Sojusze pomiędzy rodzinami przechodziły na pierwszy plan, nie zauważając rzeczywistych pragnień tych. Których się wypychało na ślubny kobierzec. Tak że w oczach Eunice nie było „jeśli”, tylko „kiedy”. Zwłaszcza że była całkiem pewna, iż prędzej czy później oczy Fortinbrasa znów na niej spoczną, a ojcowski palec wskaże kolejnego wybranka. Nie wyszło z Blackiem, może wyjdzie z kimś innym.
Chwilowo jednak nie musiała się o to martwić; cała afera, jakiej dopiero co była uczestniczką, musiała najpierw choć trochę zatrzeć się w pamięci. Ba, zapewniała nawet samą siebie, że natychmiast by odmówiła kolejnego zamążpójścia, gdyby miało dojść do tego teraz czy w przeciągu najbliższych miesięcy.
Tak, zdecydowanie się sparzyła na ostatnim – narzuconym – związku i niezbyt chciała ponownie dać się wtłoczyć w tę samą rolę.
- Mam nadzieję, że będą dobrze służyć – stwierdziła, całkiem szczerze. Bo jakkolwiek by nie patrzeć, małżeństwo mogło być piekłem nie tylko dla żony, ale i męża – a Rookwooda na tyle darzyła sympatią, by nie życzyć mu źle.
Wsparła się biodrem o parapet, znacznie poważniejąc. Sprawa. Tak. I nawet nie musiała pytać, jaka to dokładnie sprawa – zwłaszcza że to nie tak, iż pozostawała całkiem poza strukturami zwolenników Czarnego Pana. Przysługa tu, przysługa tam, a teraz… eliksiry. Właściwie to niewiele, łatwiejsze do ukrycia niż obecność pewnych osób w Rosemary House, gdyby ktoś wpadł na pomysł sprawdzenia, co się dokładnie tam dzieje, idealnie w tej chwili, gdy wiejska posiadłość – wbrew pozorom – nie pozostawała pusta.
- Wiem – przyznała bez mrugnięcia okiem. Mung bywał dość ryzykowną opcją, nie zawsze też pod ręką znajdował się uzdrowiciel sprzyjający sprawie. Wahała się nad przyjęciem prośby? Twarz w teorii niczego nie wyrażała, jednakże chwilę ciszy zapewne można było zinterpretować w dokładnie ten sposób.
Czy już nie dość z siebie dawała? Jak nie jedni, to drudzy czegoś chcieli i… och, może faktycznie najlepszą opcją byłoby zakopanie się w łóżku z pudełkiem lodów, zamiast pokazywać się światu. Tyle że Eunice jednak taka nie była – świat nie mógł dostrzec słabości.
- Da się zrobić – stwierdziła, splatając ręce na piersi, przyglądając się Rookwoodowi. I dochodziła do wniosku, ze chyba nie tylko ona sama miała pewien problem z tą prośbą. Ewidentnie w postawie mężczyzny było coś, co sygnalizowało, że nie czuł się z tym komfortowo – Tylko, oczywiście, nie tak od razu. Najpierw muszę się odpowiednio urządzić – bo przecież nie będzie po kryjomu korzystać z pracowni w Mungu czy też wracać do rodzinnego domu, aby korzystać z zaplecza w posiadłości. Nie, jeśli miała cokolwiek robić, to jednak na własnych warunkach i z dala od rodziców.
- Czy to jest akceptowalne?