02.04.2023, 21:27 ✶
Myśl, że Perseus sam na siebie ściągał problemy, jeden po drugim, swoimi lekkomyślnymi poczynaniami i zachowaniami kołatała się w umyśle Malfoya, zakleszczona pomiędzy zdrowym rozsądkiem, a konwenansami. Lycoris była widocznie roztrzęsiona. Zazwyczaj spokojna, chłodna kobieta, teraz, gdy nieprzychylność losu zapukała do jej drzwi, miała prawo zachwiać się pod naporem jego ciężaru. Elliott doskonale wiedział, że nawet jeżeli Percy napytał sobie biedy, to aktualny moment nie był najlepszy, aby dzielić się tą myślą. Zatrzymał ją dla siebie; pozwolił jej rozłożyć się na kościach, opaść pyłem na poprzednie warstwy słów, które były domniemaną prawdą, ale nigdy nie odpowiednio delikatną, aby móc wypowiedzieć ją na głos. Miał ze swoją bliźniaczką wiele wspólnego, dzierżył sztylety najlogiczniej ostrych słów z ojcowską precyzją, acz jego własna natura - poddająca się emocjom i współczuciu zbyt często, aby było to dla reszty Malfoyów zrozumiałe - dyktowała w tym momencie warunki.
Narcystyczne pobudki popychały język do układania dźwięków pod swoim własnym adresem. Zraniona duma rosła z każdą, kolejną sekundą, powodując, że bezsilność przeradzała się w złość, zirytowanie podbijane rozdrażnieniem teoretycznie już zamkniętym rozdziałem - wyjazdem Perseusa do Paryża. Pomimo słów czy akcji jakie razem wykonali; ponownego splecenia się nici ich żyć w dorodny warkocz, wciąż nie potrafił zapomnieć. Osamotnienie było ciężkim kawałkiem lodu, który pozostał w sercu Malfoya, gdy jego chłodne okowy pękły po raz pierwszy, by wpuścić Blacka do srodka, pozwolić mu się rozgościć, rozejrzeć, zostać. Zaufanie było trudne do zdobycia, a można było je utracić tak szybko, w mgnieniu oka.
- Być może jakby komunikował się z najbliższymi ludźmi o swoich problemach, to wiedziałbym czy miał jakichś wrogów - odparł, bo choć miał wystarczająco oliwy w głowie, aby nie wypowiadać wszystkich swoich myśli czy żali, tak pasywno agresywny pod-ton wypowiedzi pozostał. Niesmak rozlewał się pomiędzy wypowiadanymi dźwiękami, gorzki wyrzut, który kierowany był do lezącego na szpitalnym łóżku mężczyzny, bo też na nim skupione było oszronione spojrzenie niebieskich oczu.
Zacisnął usta pozwalając sobie na chwilę jawniejszego zirytowania. Nie potrafił rozdzielać emocji, najcześciej były dla niego zlepkiem dyskomfortu. Nawet po pozytywne, po jakimś czasie zdawały się uciążliwe, przeszkadzały w utrzymaniu neutralności, wykonywaniu czynności, które potrzebne były ze strategicznego punktu widzenia. Okazywanie ich, w jakimkolwiek stopniu, wydawało mu się odsłanianiem słabości, byciem słabym. A jednocześnie, słysząc śliskie pod-tony głosu ojca w tego typu myślach, chciał uciec od nich jak najdalej. Rozdarty pomiędzy powinnością, a faktycznym tętentem emocjonalności własnych pragnień.
Przełknął ślinę, bo poczuł jak powoli zaczęło zasychać mu w gardle.
Odchrzaknął.
- Nie wiedziałem nawet, że był chory, wątpię, że posiadam jakiekolwiek pożyteczne informacje - powiedział już mniej jadowicie, aczkolwiek wciąż brzmiało to jak wyrzut. Westchnął, zawiedziony swoim własnym brakiem umiejętności ubrania wypowiedzi w odpowiednie emocje, zazwyczaj wychodziło mu to bezbłędnie.
- Nie lubię czuć się bezradny, to bardzo irytujące - wyjaśnił po krótce, decydując się na odrobinę powściągliwej szczerości.
Własne słowa wybrzmiały mu bardzo infantylnie, słabo, nieodpowiednio. Od kiedy potrzebował się komukolwiek tłumaczyć?
Przesunął palcem sygnet na małym palcu, chcąc aby chłód surowca ochłodził odrobinę rozgrzewające go emocje, które próbował przełknąć w jak najmniej krzywdzący sposób.
Przygryzł wnętrze policzka pozwalając szczęce zacisnąć się mocniej, potrzebował świeżego powietrza, aby poukładać myśli, ale też wysiłku fizycznego. Niczego z tych rzeczy nie mógł otrzymać w szpitalnych murach. Nie chciał zostawiać Perseusa samego, ale teraz, gdy w sali znalazła się też jego siostra, która o wiele lepiej znała się na jakichkolwiek schorzeniach, ranach czy, jak też Elliott się dowiedział, tajemnicach jego byłego kochanka i przyjaciela. Nie wiedział jeszcze jak mocno go to zraniło. Fakt, że Lycoris wiedziała w żaden sposób mu nie uwłaczał, po prostu czuł się wykluczony przez swoją własną niewiedzę. Argument ze wstydem był dla niego zbyt mały w porównaniu z konsekwencjami emocjonalnymi, które niósł ze sobą wyjazd do Paryża, rozstanie, potrzeba pogodzenia się ze swoją własną samotnością, kolejnymi wyzwaniami które świat rzucał pod nogi.
- Zostawię was - uznał ostatecznie i podniósł się z krzesła. Poprawił marynarkę i zapiął jeden z jej guzików, aby zakryć biel koszuli.
- Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, znasz mój adres. Postaram się napisać w tej sprawie do znajomej osoby, która mogłaby pomóc w śledztwie. - przystanął przy wyjściu z sali i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na bladą jak pergamin twarz przyjaciela, prawie że zlewającą się z odcieniem szpitalnej pościeli.
Westchnął w duchu.
Chociaż teraz był zły, zdawał sobie sprawę, że na wróci do tego pomieszczenia, jeszcze nie raz, w nadchodzących dwóch tygodniach. Mimo wielu warstw, niektórych już całkowicie zgniłych, ich relacji, wciąż nie potrafiłby odwrócić się na pięcie i wyjść nie patrząc za siebie. Ich istnienia związane były zbyt wieloma sznureczkami podchwytliwych powiązań.
Nic już nie powiedział, rzucił ostatnie spojrzenie Lycoris i wyszedł.
Narcystyczne pobudki popychały język do układania dźwięków pod swoim własnym adresem. Zraniona duma rosła z każdą, kolejną sekundą, powodując, że bezsilność przeradzała się w złość, zirytowanie podbijane rozdrażnieniem teoretycznie już zamkniętym rozdziałem - wyjazdem Perseusa do Paryża. Pomimo słów czy akcji jakie razem wykonali; ponownego splecenia się nici ich żyć w dorodny warkocz, wciąż nie potrafił zapomnieć. Osamotnienie było ciężkim kawałkiem lodu, który pozostał w sercu Malfoya, gdy jego chłodne okowy pękły po raz pierwszy, by wpuścić Blacka do srodka, pozwolić mu się rozgościć, rozejrzeć, zostać. Zaufanie było trudne do zdobycia, a można było je utracić tak szybko, w mgnieniu oka.
- Być może jakby komunikował się z najbliższymi ludźmi o swoich problemach, to wiedziałbym czy miał jakichś wrogów - odparł, bo choć miał wystarczająco oliwy w głowie, aby nie wypowiadać wszystkich swoich myśli czy żali, tak pasywno agresywny pod-ton wypowiedzi pozostał. Niesmak rozlewał się pomiędzy wypowiadanymi dźwiękami, gorzki wyrzut, który kierowany był do lezącego na szpitalnym łóżku mężczyzny, bo też na nim skupione było oszronione spojrzenie niebieskich oczu.
Zacisnął usta pozwalając sobie na chwilę jawniejszego zirytowania. Nie potrafił rozdzielać emocji, najcześciej były dla niego zlepkiem dyskomfortu. Nawet po pozytywne, po jakimś czasie zdawały się uciążliwe, przeszkadzały w utrzymaniu neutralności, wykonywaniu czynności, które potrzebne były ze strategicznego punktu widzenia. Okazywanie ich, w jakimkolwiek stopniu, wydawało mu się odsłanianiem słabości, byciem słabym. A jednocześnie, słysząc śliskie pod-tony głosu ojca w tego typu myślach, chciał uciec od nich jak najdalej. Rozdarty pomiędzy powinnością, a faktycznym tętentem emocjonalności własnych pragnień.
Przełknął ślinę, bo poczuł jak powoli zaczęło zasychać mu w gardle.
Odchrzaknął.
- Nie wiedziałem nawet, że był chory, wątpię, że posiadam jakiekolwiek pożyteczne informacje - powiedział już mniej jadowicie, aczkolwiek wciąż brzmiało to jak wyrzut. Westchnął, zawiedziony swoim własnym brakiem umiejętności ubrania wypowiedzi w odpowiednie emocje, zazwyczaj wychodziło mu to bezbłędnie.
- Nie lubię czuć się bezradny, to bardzo irytujące - wyjaśnił po krótce, decydując się na odrobinę powściągliwej szczerości.
Własne słowa wybrzmiały mu bardzo infantylnie, słabo, nieodpowiednio. Od kiedy potrzebował się komukolwiek tłumaczyć?
Przesunął palcem sygnet na małym palcu, chcąc aby chłód surowca ochłodził odrobinę rozgrzewające go emocje, które próbował przełknąć w jak najmniej krzywdzący sposób.
Przygryzł wnętrze policzka pozwalając szczęce zacisnąć się mocniej, potrzebował świeżego powietrza, aby poukładać myśli, ale też wysiłku fizycznego. Niczego z tych rzeczy nie mógł otrzymać w szpitalnych murach. Nie chciał zostawiać Perseusa samego, ale teraz, gdy w sali znalazła się też jego siostra, która o wiele lepiej znała się na jakichkolwiek schorzeniach, ranach czy, jak też Elliott się dowiedział, tajemnicach jego byłego kochanka i przyjaciela. Nie wiedział jeszcze jak mocno go to zraniło. Fakt, że Lycoris wiedziała w żaden sposób mu nie uwłaczał, po prostu czuł się wykluczony przez swoją własną niewiedzę. Argument ze wstydem był dla niego zbyt mały w porównaniu z konsekwencjami emocjonalnymi, które niósł ze sobą wyjazd do Paryża, rozstanie, potrzeba pogodzenia się ze swoją własną samotnością, kolejnymi wyzwaniami które świat rzucał pod nogi.
- Zostawię was - uznał ostatecznie i podniósł się z krzesła. Poprawił marynarkę i zapiął jeden z jej guzików, aby zakryć biel koszuli.
- Jeżeli będziesz czegoś potrzebowała, znasz mój adres. Postaram się napisać w tej sprawie do znajomej osoby, która mogłaby pomóc w śledztwie. - przystanął przy wyjściu z sali i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na bladą jak pergamin twarz przyjaciela, prawie że zlewającą się z odcieniem szpitalnej pościeli.
Westchnął w duchu.
Chociaż teraz był zły, zdawał sobie sprawę, że na wróci do tego pomieszczenia, jeszcze nie raz, w nadchodzących dwóch tygodniach. Mimo wielu warstw, niektórych już całkowicie zgniłych, ich relacji, wciąż nie potrafiłby odwrócić się na pięcie i wyjść nie patrząc za siebie. Ich istnienia związane były zbyt wieloma sznureczkami podchwytliwych powiązań.
Nic już nie powiedział, rzucił ostatnie spojrzenie Lycoris i wyszedł.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦