Odetchnęła z ulgą, kiedy rozlewające się światło po prostu zgasło, kiedy zaczęła wpływać na nie swoim zaklęciem. Na tym świecie nie było rzeczy, których nie dało się odczynić za pomocą magii – może oprócz śmierci, ale to też nie było takie do końca jednoznaczne. Drugie odetchnięcie nastąpiło, kiedy pozbyli się napierającego na nich Śmierciożercy, ale wokół nich wyrosły czarne płomienie… i głucha cisza.
- Przekażecie reszcie, że rozproszenie magii działa na te światła? – Victoria była oklumentką i przy tym ceniła sobie meandry własnego umysłu na tyle, by nie wpuszczać tam żadnych cichych głosików chcących się z nią porozumieć. - Jak macie coś na ogień to to dobry moment, żeby wziąć – jakiś eliksir… czy coś. Ona nigdy ich nie potrzebowała, ale wiedziała przy tym, że jest w mniejszości. A biorąc pod uwagę ile ognia tutaj było… mogło się to okazać wręcz niezbędne.
A potem rozejrzała się wokół. Jej oczy podążyły za kłębem fioletowego dymu unoszącego się w górę, aż zadarła nieco głowę.
- Fioletowy dym? – ruszyła przed siebie, zupełnie nie zważając, że idzie prosto w ogień. On nigdy jej nie przerażał, zawsze był tylko przyjemnie ciepły, a nie palący skórę. - Ktoś tam jest – mruknęła, patrząc przed siebie i widząc wszystko to, czego nie było tu. - Jakaś kobieta. I Śmierciożercy! – chciała tam być – z nią. Kimkolwiek była.
I jednocześnie ten instynkt samozachowawczy, który do tej pory prowadził ją przez życie, który kazał najpierw myśleć, a dopiero potem robić też gdzieś tam był. Tylko czy miał na tyle sił, by dojść do głosu?
Rzut na rozproszenie (siłę woli):
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Edit zatwierdzony przez MG.