Listy Brenny dały jej do myślenia na tyle, że gdy ta jednak przyznała, że przydałaby się pomoc aurora, to Victoria bez wahania przedstawiła sprawę Harper Moody. I całe szczęście nie musiała wcale długo czekać na odpowiedź – cóż, jakby nie było, czarnoksiężnicy to była działka właśnie aurorów. I właśnie w ten bardzo krótki sposób Lestrange znalazła się Little Hangleton wraz z Brenną i jakąś młodą dziewczyną.
- Cześć, Victoria Lestrange – przedstawiła się rudej i założyła ręce na piersi stojąc jeszcze przed pierwszą linią lasu, przyglądając się ponurym drzewom, tak różnym od Kniei w Dolinie Godryka. Sama też nie przyszła tu w mundurze, tylko w jakichś niewygodnych spodniach-dzwonach, wściekle różowych, podobno ostatni mugolski krzyk mody, które zakrywały jej żółte kalosze, a wyżej miała czarny płaszcz, pod którym skrywał się kolorowy sweter w kwiaty. Nie, nie była zadowolona ze swojej stylówki, ale znała się na mugolskiej modzie równie mocno co na zwyczajach pająków (czyli ogólnie to prawie wcale – ogarniała na tyle, na ile miała z nimi kontakt, kiedy jeszcze pracowała w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym, ale teraz to… słabo). Miała też ze sobą tylko swoją różdżkę, teraz ukrytą w rękawie płaszcza i tak, zdawała sobie sprawę, że wygląda równie absurdalnie, co się czuła. - Mmm.. miejsce jak miejsce – mruknęła, lustrując pierwsze drzewa i ruszyła za Brenną w las. - Ale nie polecam wam cmentarza. Z miesiąc temu przykleiły się do nas dwa duchy, jakieś małżeństwo i kazały wysłuchiwać historii swojego życia przecinanej standardową kłótnią starej pary – ciemne włosy miała splecione w warkocz, który teraz spływał przez ramię na klatkę piersiową, leciutko tylko przesuwając się po materiale płaszcza, kiedy szła.
- Też nic nie słyszałam – a od pewnego czasu powiedzmy, że stała się stałą bywalczynią tego miasteczka. Nie że by kręciła się po centrum i wysłuchiwała tego, co mówią mugole, bo nie, ale jednak bywała tutaj częściej. I Anna, matka jej przyszłego narzeczonego, też niczego niepokojącego nie wspominała. Tym niemniej wiedziała po co tutaj są i sama przyglądała się drzewom i temu, co znajdowało się pomiędzy nimi. Oj nie, sama nie zamierzała swoich stóp odrywać od ziemi, ale jeśli tylkoe Heather chciała polecieć tuć nad koronami drzew i spojrzeć z góry… to czemu nie? Tylko, żeby magia nie zaczęła wpływać też na latającą miotłę… albo brak magii, skoro coś wcześniej psuło teleportację przez Mokradła. Swoich obaw jednak nie powiedziała na głos. – Przywołuje wspomnienia, co, Brenn? Ty, ja, między nami drzewa… - odezwała się po jakimś czasie, cofając się pamięcią o… jakieś… dziewięć lat?
Rzut na percepcję – też się rozglądam:
Akcja nieudana