— Ariel to mój... — Dobre pytanie, Lysso. Zamarłam na moment zdając sobie sprawę, że babcia ani nikt inny nigdy (w tym użytkownicy) nie określili dokładnego stopnia pokrewieństwa między mną a Arielem. — Dalszy krewny. Mieszkam u niego kilka miesięcy, jest niegroźny — dodałam, w razie gdyby Lyssa obawiała się, że chata należy do jakiejś podejrzanej jednostki.
Skoro o nim mowa. Wypadałoby go poinformować o sytuacji, gdziekolwiek by się teraz nie znajdował. Sięgnęłam po kuchenny notes, nabazgrałam kilka słów i otworzyłam drzwiczki do piwnicy. Szalona bernikla kanadyjska wpadła do salonu trzepiąc dziko skrzydłami, obijając się o krzesła i prawie kończąc swój pochód na kredensie z porcelanową zastawą.
— Krzysztofiku, Krzysztofiku, chodź tu — wyciągnęłam przed siebie herbatnika. Ptak złapał przynętę, a ja doczepiłam mu list do nóżki. — Leć do Ariela, szybko.
Otworzyłam drzwi, ptak wyleciał, a ja podskoczyłam słysząc gotującą się wodę.
— Jaką herbatkę? Earl Grey? Zieloną? Hibiskusik?
Zamknęłam drzwi na wszystkie spusty i pognałam do kuchni wyciągać kubki i o mało co nie potykając się o wiekowy dywan rozciągnięty w salonie.