04.04.2023, 11:51 ✶
Potrzebował jej.
Zdał sobie sprawę z tego, gdy nieco ponad tydzień temu zjawiła się w drzwiach szpitalnej sali, wnosząc ze sobą przyjemny powiew wiosny. Nie oczekiwał od niej opieki, ani współczucia - oczy miotały iskrami na choćby najmniejszą i najbardziej dyskretną wzmiankę o tym, aby poprawić mu poduszkę, albo przynieść wodę, nie chciał też słyszeć o tym, jak bardzo jej przykro z powodu tego, co go spotkało. Nie, tego jego duma znieść nie mogła. Potrzebował natomiast rozmowy, niezobowiązującego flirtu i snucia planów o spotkaniach i podróżach po tym, jak wróci do zdrowia. Potrzebował nadziei, która - jak powszechnie wiadomo - sprzyjała rekonwalescencji nie tylko duszy, ale i ciała.
Z każdym kolejnym dniem znajomości z Vesperą z rosnącym zaskoczeniem utwierdzał się w przekonaniu, że list wysłany przed kilkoma tygodniami Elliottowi nie miał pokrycia w rzeczywistości. Nie czuł się przy niej, jakby krążył z kijem wokół nastroszonego zwierzęcia, nie obawiał się jej reakcji, miał wrażenie, że rozumieją się bez słów. Było mu z nią dobrze.
Uśmiechnął się na jej słowa, starając się ukryć, jak bardzo go rozczuliły.
— Wróciłem wypoczęty i jestem teraz cały twój — odpowiedział, przyglądając jej się z niekrytym podziwem. Ach, jakże Vespera była piękna! Piękniejsza niż gwiazdy z wolna zapalające się ponad ich głowami, bardziej powabna niż orchidee matki w szklarni na tyłach domu, bardziej zjawiskowa niźli wszystkie damy Londynu razem wzięte. Kimże więc był Perseus, zwykły śmiertelnik, by odwrócić wzrok od tego klejnotu?
— Akurat tobie — odparł nieco enigmatycznie, nie chcąc zagłębiać się w ten temat. Niepotrzebnie nawiązywał do byłej żony - jakaś część jego duszy krzyczała, że rozmowa na temat jego nieudanego małżeństwa to stąpanie po cienkim lodzie, a on nie miał ochoty na kolejną lodowatą kąpiel. Z wyrazem zadowolenia wymalowym na twarzy przyjął od (znów) panny Rookwood wino i upił spory łyk. Zaraz potem ponownie wcisnął korek w butelkę i oparł o kamień nieśmiało wysuwający swe oblicze spośród traw.
— Uczyńmy je zatem bardziej śmiałymi — rzekł z szelmowskim błyskiem w oczach, a następnie ujął jej brodę i ponownie pocałował w usta. Tym razem już bez zbędnej pruderyjności, dając ujście całej namiętności, jaka płonęła wenątrz niego.
Później szybko potoczyło się szybko; jak przez mgłę pamiętał drobne dłonie szukające klarmy od jego paska i własne ręce niecierpliwie pociągające do góry suknię, ciepłą skórę tuż przy swojej, westchnienia opuszczające wargi i bewstydne słowa szeptane wprost do ucha, ciało zaplątane w ciało oraz ogarniającą ich ekstazę.
— Byłaś kiedyś zakochana, Vespero? — zapytał, gdy leżeli na plecach, starając się uspokoić swe oddechy. Beztroscy, zadowoleni, nieświadomi w swej błogości o konsekwencjach, jakie przynieść miał ich czyn.
Zdał sobie sprawę z tego, gdy nieco ponad tydzień temu zjawiła się w drzwiach szpitalnej sali, wnosząc ze sobą przyjemny powiew wiosny. Nie oczekiwał od niej opieki, ani współczucia - oczy miotały iskrami na choćby najmniejszą i najbardziej dyskretną wzmiankę o tym, aby poprawić mu poduszkę, albo przynieść wodę, nie chciał też słyszeć o tym, jak bardzo jej przykro z powodu tego, co go spotkało. Nie, tego jego duma znieść nie mogła. Potrzebował natomiast rozmowy, niezobowiązującego flirtu i snucia planów o spotkaniach i podróżach po tym, jak wróci do zdrowia. Potrzebował nadziei, która - jak powszechnie wiadomo - sprzyjała rekonwalescencji nie tylko duszy, ale i ciała.
Z każdym kolejnym dniem znajomości z Vesperą z rosnącym zaskoczeniem utwierdzał się w przekonaniu, że list wysłany przed kilkoma tygodniami Elliottowi nie miał pokrycia w rzeczywistości. Nie czuł się przy niej, jakby krążył z kijem wokół nastroszonego zwierzęcia, nie obawiał się jej reakcji, miał wrażenie, że rozumieją się bez słów. Było mu z nią dobrze.
Uśmiechnął się na jej słowa, starając się ukryć, jak bardzo go rozczuliły.
— Wróciłem wypoczęty i jestem teraz cały twój — odpowiedział, przyglądając jej się z niekrytym podziwem. Ach, jakże Vespera była piękna! Piękniejsza niż gwiazdy z wolna zapalające się ponad ich głowami, bardziej powabna niż orchidee matki w szklarni na tyłach domu, bardziej zjawiskowa niźli wszystkie damy Londynu razem wzięte. Kimże więc był Perseus, zwykły śmiertelnik, by odwrócić wzrok od tego klejnotu?
— Akurat tobie — odparł nieco enigmatycznie, nie chcąc zagłębiać się w ten temat. Niepotrzebnie nawiązywał do byłej żony - jakaś część jego duszy krzyczała, że rozmowa na temat jego nieudanego małżeństwa to stąpanie po cienkim lodzie, a on nie miał ochoty na kolejną lodowatą kąpiel. Z wyrazem zadowolenia wymalowym na twarzy przyjął od (znów) panny Rookwood wino i upił spory łyk. Zaraz potem ponownie wcisnął korek w butelkę i oparł o kamień nieśmiało wysuwający swe oblicze spośród traw.
— Uczyńmy je zatem bardziej śmiałymi — rzekł z szelmowskim błyskiem w oczach, a następnie ujął jej brodę i ponownie pocałował w usta. Tym razem już bez zbędnej pruderyjności, dając ujście całej namiętności, jaka płonęła wenątrz niego.
Później szybko potoczyło się szybko; jak przez mgłę pamiętał drobne dłonie szukające klarmy od jego paska i własne ręce niecierpliwie pociągające do góry suknię, ciepłą skórę tuż przy swojej, westchnienia opuszczające wargi i bewstydne słowa szeptane wprost do ucha, ciało zaplątane w ciało oraz ogarniającą ich ekstazę.
— Byłaś kiedyś zakochana, Vespero? — zapytał, gdy leżeli na plecach, starając się uspokoić swe oddechy. Beztroscy, zadowoleni, nieświadomi w swej błogości o konsekwencjach, jakie przynieść miał ich czyn.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory