Jakoś człowiek na kacu zwykle był… mało ruchliwy. Mało gadatliwy. Mało przyjazny. Obolały i po prostu chcący poleżeć w ciszy i spokoju – o, jak najbardziej. Nic więc dziwnego, że teraz obie były takie bardziej… statyczne. Jak na Victorię nie było to przesadne dziwne, ale jak na Brennę to była nowość. I niezwykłe doświadczenie: spoglądać jak siedzi w miejscu i nie planuje niczego skocznego, bo to wręcz było widać, że ta małpka, która siedziała w jej głowie i kazała robić te wszystkie wygibasy też się uspokoiła.
– Wyglądasz normalnie – mruknęła może trochę niewyraźnie, bo nie czarujmy się, Lestrange wolałaby wcale nie ruszać teraz buzią. – Znaczy… Nie jesteś napuchnięta. Wyglądasz jak na kacu, ale to tyle – burknęła i wykonała wielki wysiłek, w którym przesunęła się bardziej pod jakąś ławkę, by się oprzeć o mebel. Aż westchnęła z ulgi i zrzuciła z siebie tę płachę, którą była do tej pory przykryta. – Pewnie byłoby szybciej – dodała jeszcze, bo nie wierzyła, że nie złapaliby Brenny przez miesiąc. Niemożliwość. A potem sięgnęła po swoją różdżkę i złapała ją nieco niepewnie. Dłonie jej się trzęsły ale i tak nie powstrzymało ją to od machnięcia ręką, by wyczarować filiżankę herbaty. Co prawda filiżanka była nieco zbyt mała, a płyn nieco zbyt chłodny jak na to, co chciała osiągnąć, ale lepsze i to… - Chcesz też? – zapytała Brennę i złapała za uszko filiżanki nie umiejąc jednak powstrzymać drżenia dłoni. - Wiesz co będzie najgorsze? Jak wrócę, to Cynthia będzie próbowała na mnie tego swojego oceniającego wzroku. Tego, co wiesz, testowała tyle lat na Castielu – jęknęła pod nosem. Normalnie by się tym nie przejęła, ale wiedziała, że tym razem to będzie wyjątkowo mocno oceniający wzrok i będzie miała przy tym cholerną rację – i to będzie najgorsze. - Nie mówmy reszcie co robiłyśmy – zaproponowała po chwili, głupiutka myśl i prośba na teraz. Bo teraz przeżywały katusze. A za pięć lat będą się z tego śmiać – tak to działało.
Ale nie zmieniało to faktu, że mimo wszystko chciała wiedzieć, co one najlepszego w nocy wymyśliły.
Victoria przekrzywiła głowę na ramię i zapatrzyła się w przestrzeń. Lunabelle? Małe puchate słodkie i skaczące, i… Och. Ooooch.
- Wszystko jedno. W Zakazanym Lesie mogłyśmy trafić tak naprawdę na wszystko – w tym momencie mało ją ochodziło wyjaśnienie Brenny o gajowym. Bo szczerze? Po pijaku to mogły i szukać… kurcze byle czego. Łącznie z legowiskiem testrali, nawet jeśli by ich wcale nie zobaczyły. To brzmiało jak coś, co mogłyby zrobić. Mogły też się natknąć na wiele gorsze rzeczy. Na akromantule. Na… wrogo nastawione centaury. Na krabopająki. Na Matkę no – szukanie legowiska jednorożców brzmiało w tym wszystkim najmniej absurdalne i nieistotny był przecież powód. Obie zresztą wiele nie pamiętały i Victorii nic o tych jednorożcach nie wydało się wcale podejrzane. - Nie jestem pewna, czy nie próbowałyśmy – mruknęła znowu i spojrzała smętnie na swoją gałązkę. - Chyba coś nas goniło i zwiewałyśmy. Cud, że sobie nie połamałyśmy nóg na jakichś korzeniach i dziurach.
- Nie dziwi mnie to nawet – że Brenna sobie odjęła punkty i dała szlaban. Przynajmniej miała na tyle przyzwoitości… Lestrange nie miała takich wyskoków. Była przykładnym prefektem, a potem prefektem naczelnym… Przecież nie za ładne oczy. - Złamałyśmy chyba z pięćdziesiąt punktów regulaminu, ale w sumie to już nie jesteśmy uczniami więc kto by się tym przejmował – parsknęła i bardzo tego pożałowała, bo zaraz musiała sobie przyłożyć ciepłą filiżankę do skroni. Dopiero po chwili uniosła spojrzenie na rzeźbę, o której wspomniała Brenna, bo i sens tego co mówiła, jakoś długo do niej docierał. - Nie… to nie jest wystrój tej wieży. Bo co ma typ co chciał sprzedać swój pot do astronomii – Victorii wystarczył jeden rzut oka by rozpoznać postać z popiersia, które tu teraz stało. Alguff Odrażający, pewien goblin… Słynący właśnie z tego, co powiedziała. - Nie jestem tylko pewna gdzie to stało oryginalnie.