03.04.2023, 21:02 ✶
Mackenzie uśmiechnęła się, nieco krzywo. Dellian nie miał okazji obejrzeć tego uśmiechu, nie mógł nawet wiedzieć, że jakikolwiek uśmiech dość rzadko gości na jej twarzy. Chyba odrobinę rozbawiła ją jego nagła samokrytyka. Ewentualnie to, że miał nadzieję, że nie będzie to dla niej negatywnym wspomnieniem – niestety, takie być miało, bo dalej zżerał ją wstyd, w jakim stanie ją zastano.
Szczęście w nieszczęściu, że obejrzały ją sobie koty i dzieciak, a nie ktoś dorosły. On tylko słyszał.
- Właśnie omal nie wyplułam własnego żołądka. Piwo to zły pomysł – powiedziała Greengrass. Cóż, pod pewnymi względami była dużo bardziej ślepa od samego Ollivandera, więc nawet przez ułamek sekundy nie przyszłoby jej do głowy, że on po prostu mógłby chcieć iść z nią na piwo. W jej wizji wszechświata ludzie chcieli iść z nią do baru, jeżeli byli fanami quidditcha i planowali pochwalić się tym kolegom.
Całkiem często ta wizja wszechświata była zresztą tą właściwą. W dużej mierze z winy jej własnych zachowań: umysł Mackenzie działał nieco inaczej niż umysły „zwykłych ludzi”. W dodatku nie była zbyt rozgadana i nie zawsze reagowała emocjonalnie tak, jak inni. Gdyby urodziła się czterdzieści lat później, może odpowiednio zdiagnozowano by ją we wczesnym dzieciństwie, jako „łagodny przypadek” i nadano temu wszystkiemu odpowiednią nazwę.
Ale nie było o tym mowy w latach siedemdziesiątych, w społeczeństwie czarodziejów.
- Tak – przyznała. Większość uczniów zapominała dość szybko, o ile nie latali na miotłach. Po prawdzie zresztą Ollivandera też nie skojarzyła od razu i nawet jego niewidomość nie od razu podsunęła odpowiednie imię. Ale to, w połączeniu z Bellem i tym, że on ją znał, podsunęło odpowiednie wspomnienie. Dość wyraźne, bo chociaż często zrzucała kogoś z miotły, to jednak dość rzadko ze schodów. I celowo zrobiła to tylko raz, kiedy pewien Ślizgon obraził jej matkę. – Byłam prawie pewna, że cię zabiłam. I że wywalą mnie przez to ze szkoły – uzupełniła jeszcze. Na swoje usprawiedliwienie miała tylko to, że nie przesunęła się z tych schodów sądząc, że on ją widzi i ominie…
Szczęście w nieszczęściu, że obejrzały ją sobie koty i dzieciak, a nie ktoś dorosły. On tylko słyszał.
- Właśnie omal nie wyplułam własnego żołądka. Piwo to zły pomysł – powiedziała Greengrass. Cóż, pod pewnymi względami była dużo bardziej ślepa od samego Ollivandera, więc nawet przez ułamek sekundy nie przyszłoby jej do głowy, że on po prostu mógłby chcieć iść z nią na piwo. W jej wizji wszechświata ludzie chcieli iść z nią do baru, jeżeli byli fanami quidditcha i planowali pochwalić się tym kolegom.
Całkiem często ta wizja wszechświata była zresztą tą właściwą. W dużej mierze z winy jej własnych zachowań: umysł Mackenzie działał nieco inaczej niż umysły „zwykłych ludzi”. W dodatku nie była zbyt rozgadana i nie zawsze reagowała emocjonalnie tak, jak inni. Gdyby urodziła się czterdzieści lat później, może odpowiednio zdiagnozowano by ją we wczesnym dzieciństwie, jako „łagodny przypadek” i nadano temu wszystkiemu odpowiednią nazwę.
Ale nie było o tym mowy w latach siedemdziesiątych, w społeczeństwie czarodziejów.
- Tak – przyznała. Większość uczniów zapominała dość szybko, o ile nie latali na miotłach. Po prawdzie zresztą Ollivandera też nie skojarzyła od razu i nawet jego niewidomość nie od razu podsunęła odpowiednie imię. Ale to, w połączeniu z Bellem i tym, że on ją znał, podsunęło odpowiednie wspomnienie. Dość wyraźne, bo chociaż często zrzucała kogoś z miotły, to jednak dość rzadko ze schodów. I celowo zrobiła to tylko raz, kiedy pewien Ślizgon obraził jej matkę. – Byłam prawie pewna, że cię zabiłam. I że wywalą mnie przez to ze szkoły – uzupełniła jeszcze. Na swoje usprawiedliwienie miała tylko to, że nie przesunęła się z tych schodów sądząc, że on ją widzi i ominie…