Praca nad sobą jednak przynosiła efekty. Heather Wood mimo tego, że czuła, że targają ją najróżniejsze emocje powstrzymała swoją klątwę. Przynajmniej jak na razie. Udało jej się zapanować nad tym, co w niej siedziało. Na szczęście. Odetchnęła głęboko. Była gotowa do działania.
- Oczywiście, że dam radę. - Nie marnowała czasu. - Zniczu do mnie! - Krzyknęła, by przywołać swoją wierną towarzyszkę, która była zaparkowana na parkingu dla mioteł. Magiczny środek transportu pojawił się po chwili. Wood wyciągnęła rękę, aby ją złapać. Kiedy miała w dłoni miotłę czuła się pewniej. Latanie na miotle było umiejętnością, która towarzyszyła jej od najmłodszych lat. Nie mogła zawieść ich teraz, nie po tylu latach doświadczenia.- Dam radę. - Powiedziała pewnie do Erika, ale właściwie to chciała sobie dodać otuchy.
Wsiadła na miotłę. Odepchnęła się nogami od ziemi i pomknęła w stronę kobiety, którą próbował uratować kapłan. Próbowała złapać ją w locie i wrzucić na miotle. Wykonywała takie manewry wiele razy. Chciała ją przenieść w bezpieczne miejsce, w stronę stoisk i wozów przedstawicieli kowenu. Ona potrzebowała najpilniejszej pomocy.
Slaby sukces...
Po chwili wróciła, żeby zająć się kapłanem, szkoda by było, żeby i jemu stała się krzywda. Tam mógłby w spokoju pomóc poszkodowanej, o ile udało jej się go przetransportować to wróciła do swoich towarzyszy niedoli, nie zamierzała zostawić Charlesa i Erika samych.
Akcja nieudana