04.04.2023, 02:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.04.2023, 02:15 przez Julien Fitzpatrick.)
Najpierw minęły godziny. Później minęły dni. Ostatecznie też tygodnie, nie przeradzając się jeszcze w miesiące. Z każdą chwilą pustka, którą z ogromnym wysiłkiem zasłaniał obojętnością i wesołością, rozrastała się, połykała drobinki przyjemnych wspomnień, muśnięć ciepłego śmiechu, promieni słonecznych przebijających się przez dewońskie, gęste chmury, aby opaść na rude klify.
Smutek, który odczuwał był jałowy, sprawiał, że oddechy przypominały płytkie fale odpływu. Wskazówka zegara stawała dęba, a otaczający wszechświat nagle kurczył się do rozmiarów nieistotności, okruchu chleba pożeranego przez myszy i szczury grasujące na pustych, nocną porą stacjach metra.
Brud sadzy osadzał się w nozdrzach, gdy podróżowali z Christie mugolskim transportem podziemnym, koła ukrytego w tunelach pociągu sunęły po szynach wprawiając wagony w rozklekotany ruch. Na szybie Bakerloo Line widniał zakaz palenia okraszony charakterystycznym logiem, w które Charles wpatrywał się z niemałym zaciekawieniem. Każda z osób w pociągu pilnowała swoich spraw, wyglądała inaczej, nie przeszło by mu wtedy przez myśl, że wszyscy byli jednakowi, że każde z tych ciał wyląduje pod górą ziemi, po większości nawet ktoś zapłacze, a po innych nawet nie zapali świeczki. Śmierć zaplatała sobie dorodne warkocze ze stratą, zostawiając żyjących w bezmyślnym trwaniu, irytującej bezradności, która drążyła w policzkach głębokie koryta słonymi łzami docierającymi do najdalszych zakątków duszy i ludzkiego jestestwa.
To wszystko było już tylko wspomnieniem, niemożebną chęcią zaczerpnięcia oddechu, gdy klatkę piersiową przygniata tona balastu, poczucia winy. Nie był w stanie spojrzeć Sarze w oczy, bał się co w nich zobaczy. Nie powinien wątpić w jej intencje, była dobrą, kochającą duszą. Ciepłym dotykiem wiosny pobudzającym przebiśniegi do życia, rozwinięcia swoich płatków spomiędzy niedobitków śnieżnych zasp. Tyle, że on czuł się jak ten najgorszy zwiastun nieszczęścia, kłopotliwy winowajca, omen na dnie porcelanowej filiżanki. Z każdym potrząśnięciem wydawał się zamykac w sobie coraz mocniej, zaciskujący się niczym agresywnie wyciągnięta w stronę przeciwnika pięść, żołądek dawał o sobie znać, ręce się pociły, panika powodowała, że wszystko działo się przed jego oczyma, przytrafiało się jemu, a zarazem szło obok, jakby jego własne istnienie było oddzielone od wszechświata murem.
Trzęsła nim, a on wydawał się wiotki, jakoby trzcina narażona na najmniejszy powiew wiatru. Zacisnął powieki, nie był pewien czemu, bo w tym samym momencie, w którym to zrobił poczuł jak pustka i ciemność, które nakłądały się na siebie w jego wnętrzu, zaczęły opanowywać myśli, przyszłe słowa, ledwo wypuszczane z klatki piersiowej oddechy. W gardle mu zaschło, gdy poczuł ciepło pierwszych, spływających po policzkach łez. Nie chciał skupiać się na sobie, tak bardzo potrzebował mowić o innych, bo czuł się samolubny. Postępował nierozważnie, kierował się tylko i wyłącznie swoim szczęściem i komfortem, narażając przy tym innych, ostatcznie sprawiajac, że spotkała go najgorsza karma z możliwych.
Stracił Finneasa na zawsze. Christie też.
Był roztrzęsiony, ale ustabilizowanie oddechu i swojego stanu było dla niego priorytetem, aby mógł pozwolić słowom wypływać spomiędzy ust. Zaskakująco pewnie, jak na swój aktualny stan, złapał jasnowłosą i przyciągnął ją do siebie, przytulając, ciasno, zupełnie jakby sięgał zmarzniętymi rękami tonącego po ostatnie koło ratunkowe.
- Przepraszam - wychrypiał. Jego głos dygotał na granicy szlochu i szeptu, meandrując pomiędzy możliwością wypowiedzenia myśli, a wyrzucenia z siebie wszystkich kłębiących się emocji. Musiał przełknąć ślinę, czując jak kolejne łzy spływają mu po twarzy, na ramie i włosy Macmillanówny.
Pachniała przyjemnie, znajomo, ciepło. Zioła przeplatały się z wonią drewna i herbacianych mieszanek.
- Nie moge się pogodzić z tym jak idiotycznie pozwoliłem na to, aby mi go odebrano, jak głupi i lekkomyślny byłem, że nie zrobiłem z tym nic wcześniej. Jak samolubnym, zapatrzonym w siebie gowniarzem byłem nie widząc w jak wielkim niebezpieczeństwie postawiłem tak bliskie mi osoby. Nie jestem w stanie sobie wybaczyć, ja nie mam prawa być smutny, Sarah, to moja wina. To wszystko jest moją winą, ostatnie co powinienem robić to uzalać się na sobą z tego powodu. Żadna ze mnie ofiara, sam to na siebie sprowadziłem głup-- głupotą - nie był w stanie kontynuować, bo głos mu się załamał, prawie, że się zakrztusił, bo gardło z każdą kolejną sekundą zaciskało się mocniej, zupełnie jakby niewidoczna siła dusiła go od zewnątrz.
Nie wypowiadał kolejnych słów, pozwalając, aby zwiewny materiał ubrania dziewczyny tłumił niektóre z jego szlochów, aby wchłaniał słone łzy wylewające się spod zaciśniętych powiek, jak fale w czasie sztormu.
Wszystko go przygniotło.
Fakt, ze wchodząc do znajomego mieszkania w centrum Londynu już nigdy nie zobaczy Finneasa siedzącego przy stole, skupionego na dokumentach przed sobą, przekładającego metodycznie kolejny pergamin na równo ułożony stosik. Jego niewielkie okulary, znad których spoglądał na młodszego brata, gdy ten przychodził do domu nad ranem, powracając ze swoich parudniowych, nieodpowiedzialnych wojaży. Zamiast go karcić, reagował prześmiewczo, nadawał mu przezwiska.
Charlie bear, mawiał z filuternym uśmiechem z czym tym razem przesadziłeś?
Nazywał go tak od najmłodszych lat, odkąd w kaloszach wracali przemoczeni z plaży, a matka karciła ich nad kolacją w nadmorskim domku, w którym byli przecież najszczęśliwsi, a gdyby nie powrót do Londynu, nic by się nie zmieniło - tak sobie wmawiał.
Uspokajał się powoli i chociaż czuł emocje tak intensywnie, jakoby serce miałoby mu stanąć, wziął głęboki oddech.
- Przepraszam - powtórzył - Nie chcę cię tym obarczać. Nie potrafię się odnaleźć. Nie wiem co mam z tym zrobić. Nic z tym nie mogę zrobić. Czuje, że jestem tylko i wyłącznie ciężarem, jeżeli się nie uśmiecham. - wyznał - Nie chciałem cię tym urazić - dodał szybko, trochę mamrotliwie.
Smutek, który odczuwał był jałowy, sprawiał, że oddechy przypominały płytkie fale odpływu. Wskazówka zegara stawała dęba, a otaczający wszechświat nagle kurczył się do rozmiarów nieistotności, okruchu chleba pożeranego przez myszy i szczury grasujące na pustych, nocną porą stacjach metra.
Brud sadzy osadzał się w nozdrzach, gdy podróżowali z Christie mugolskim transportem podziemnym, koła ukrytego w tunelach pociągu sunęły po szynach wprawiając wagony w rozklekotany ruch. Na szybie Bakerloo Line widniał zakaz palenia okraszony charakterystycznym logiem, w które Charles wpatrywał się z niemałym zaciekawieniem. Każda z osób w pociągu pilnowała swoich spraw, wyglądała inaczej, nie przeszło by mu wtedy przez myśl, że wszyscy byli jednakowi, że każde z tych ciał wyląduje pod górą ziemi, po większości nawet ktoś zapłacze, a po innych nawet nie zapali świeczki. Śmierć zaplatała sobie dorodne warkocze ze stratą, zostawiając żyjących w bezmyślnym trwaniu, irytującej bezradności, która drążyła w policzkach głębokie koryta słonymi łzami docierającymi do najdalszych zakątków duszy i ludzkiego jestestwa.
To wszystko było już tylko wspomnieniem, niemożebną chęcią zaczerpnięcia oddechu, gdy klatkę piersiową przygniata tona balastu, poczucia winy. Nie był w stanie spojrzeć Sarze w oczy, bał się co w nich zobaczy. Nie powinien wątpić w jej intencje, była dobrą, kochającą duszą. Ciepłym dotykiem wiosny pobudzającym przebiśniegi do życia, rozwinięcia swoich płatków spomiędzy niedobitków śnieżnych zasp. Tyle, że on czuł się jak ten najgorszy zwiastun nieszczęścia, kłopotliwy winowajca, omen na dnie porcelanowej filiżanki. Z każdym potrząśnięciem wydawał się zamykac w sobie coraz mocniej, zaciskujący się niczym agresywnie wyciągnięta w stronę przeciwnika pięść, żołądek dawał o sobie znać, ręce się pociły, panika powodowała, że wszystko działo się przed jego oczyma, przytrafiało się jemu, a zarazem szło obok, jakby jego własne istnienie było oddzielone od wszechświata murem.
Trzęsła nim, a on wydawał się wiotki, jakoby trzcina narażona na najmniejszy powiew wiatru. Zacisnął powieki, nie był pewien czemu, bo w tym samym momencie, w którym to zrobił poczuł jak pustka i ciemność, które nakłądały się na siebie w jego wnętrzu, zaczęły opanowywać myśli, przyszłe słowa, ledwo wypuszczane z klatki piersiowej oddechy. W gardle mu zaschło, gdy poczuł ciepło pierwszych, spływających po policzkach łez. Nie chciał skupiać się na sobie, tak bardzo potrzebował mowić o innych, bo czuł się samolubny. Postępował nierozważnie, kierował się tylko i wyłącznie swoim szczęściem i komfortem, narażając przy tym innych, ostatcznie sprawiajac, że spotkała go najgorsza karma z możliwych.
Stracił Finneasa na zawsze. Christie też.
Był roztrzęsiony, ale ustabilizowanie oddechu i swojego stanu było dla niego priorytetem, aby mógł pozwolić słowom wypływać spomiędzy ust. Zaskakująco pewnie, jak na swój aktualny stan, złapał jasnowłosą i przyciągnął ją do siebie, przytulając, ciasno, zupełnie jakby sięgał zmarzniętymi rękami tonącego po ostatnie koło ratunkowe.
- Przepraszam - wychrypiał. Jego głos dygotał na granicy szlochu i szeptu, meandrując pomiędzy możliwością wypowiedzenia myśli, a wyrzucenia z siebie wszystkich kłębiących się emocji. Musiał przełknąć ślinę, czując jak kolejne łzy spływają mu po twarzy, na ramie i włosy Macmillanówny.
Pachniała przyjemnie, znajomo, ciepło. Zioła przeplatały się z wonią drewna i herbacianych mieszanek.
- Nie moge się pogodzić z tym jak idiotycznie pozwoliłem na to, aby mi go odebrano, jak głupi i lekkomyślny byłem, że nie zrobiłem z tym nic wcześniej. Jak samolubnym, zapatrzonym w siebie gowniarzem byłem nie widząc w jak wielkim niebezpieczeństwie postawiłem tak bliskie mi osoby. Nie jestem w stanie sobie wybaczyć, ja nie mam prawa być smutny, Sarah, to moja wina. To wszystko jest moją winą, ostatnie co powinienem robić to uzalać się na sobą z tego powodu. Żadna ze mnie ofiara, sam to na siebie sprowadziłem głup-- głupotą - nie był w stanie kontynuować, bo głos mu się załamał, prawie, że się zakrztusił, bo gardło z każdą kolejną sekundą zaciskało się mocniej, zupełnie jakby niewidoczna siła dusiła go od zewnątrz.
Nie wypowiadał kolejnych słów, pozwalając, aby zwiewny materiał ubrania dziewczyny tłumił niektóre z jego szlochów, aby wchłaniał słone łzy wylewające się spod zaciśniętych powiek, jak fale w czasie sztormu.
Wszystko go przygniotło.
Fakt, ze wchodząc do znajomego mieszkania w centrum Londynu już nigdy nie zobaczy Finneasa siedzącego przy stole, skupionego na dokumentach przed sobą, przekładającego metodycznie kolejny pergamin na równo ułożony stosik. Jego niewielkie okulary, znad których spoglądał na młodszego brata, gdy ten przychodził do domu nad ranem, powracając ze swoich parudniowych, nieodpowiedzialnych wojaży. Zamiast go karcić, reagował prześmiewczo, nadawał mu przezwiska.
Charlie bear, mawiał z filuternym uśmiechem z czym tym razem przesadziłeś?
Nazywał go tak od najmłodszych lat, odkąd w kaloszach wracali przemoczeni z plaży, a matka karciła ich nad kolacją w nadmorskim domku, w którym byli przecież najszczęśliwsi, a gdyby nie powrót do Londynu, nic by się nie zmieniło - tak sobie wmawiał.
Uspokajał się powoli i chociaż czuł emocje tak intensywnie, jakoby serce miałoby mu stanąć, wziął głęboki oddech.
- Przepraszam - powtórzył - Nie chcę cię tym obarczać. Nie potrafię się odnaleźć. Nie wiem co mam z tym zrobić. Nic z tym nie mogę zrobić. Czuje, że jestem tylko i wyłącznie ciężarem, jeżeli się nie uśmiecham. - wyznał - Nie chciałem cię tym urazić - dodał szybko, trochę mamrotliwie.
I won't deny I've got in my mind now all the things we'd do
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you
So I'll try to talk refined for fear that you find out how I'm imaginin' you