04.04.2023, 23:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2023, 00:08 przez Elliott Malfoy.)
- Owszem - przyznał sucho.
Zdawał sobie sprawę, że ból fizyczny często stawał się jedynie zagubionym między materiałem pościeli okruchem w porównaniu z ogromem rozrywających serce czy umysł uczuć. Gdyby Erik w tamtym momencie nie miał zamkniętych oczu, zapewne spostrzegłby jak pławiące się w iluminacji pozytywnych uczuć spojrzenie Elliotta pociemniało, przez chwilę wracając do swojej zwyczajowej, tajemniczej głębi.
Na określenie 'piękna' zareagował delikatnym, być może zakłopotanym uśmiechem. Nie uważał bransoletki za urodziwą, była raczej tandetna, tania i absolutnie nie pasująca do jakichkolwiek części garderoby, które sam by dla siebie wybrał. Mimo to, przyciągnęła jego spojrzenie, sprawiła, że zawiesił je na niej chwilę dłużej. Sam przedmiot nie był aż tak ważny, liczyły się intencje i uczucia, które nim kierowały podczas wyboru i wręczania.
- Bo zazwyczaj tego nie robię - przyznał bez ogródek - Ale tym razem... - chciał dokończyć, ale kolejne słowa Longbottoma całkowicie strąciły go z pantałyku. Zamrugał, trochę za szybko, aby zostało to odebrane za naturalny ruch powiek. Bardzo szybko wyłapał rumieniec, którym oblał się rozmówca. Sam czuł lekkie pieczenie policzków, więc musiał wyglądać podobnie, jeżeli nie 'gorzej'. Jasne włosy i karnacja miały to do siebie, że każde, intensywniejsze uczucia można było z nich wyczytać jak z otwartej księgi.
Już wcześniej bijące w przyspieszonym rytmie serce ponownie dało o sobie znać, a gardło zacisnęło się, gdy chciał wydobyć z niego choć krztynę sensownej wypowiedzi.
Powinien był skarcić się w myślach, ale wypełniała go euforia, mieszająca się poniekąd ze skrępowaniem i przestrachem, że ta chwila może dobiec końcowi, że odczuwane emocje zanikną, pozostawiając serce i duszę na powrót jałowymi, spragnionymi chociaż powiewu troski.
Wiedział, co chce powiedzieć, ale wyrzucenie z siebie prawdy i bezpośrednich odczuć było trudniejsze niż czarowanie publiki półkłamstwami i osobowością przeznaczoną do wystąpień, spotkań z szerszą publiką.
Pokazał Erikowi taką samą bransoletkę, z drugą częścią gwiazdki, którą zostawił dla siebie.
- Pozostaje tylko mieć nadzieję, że potrafię świecić dla ciebie równie jasno, żebyś nie zabłądził w gęstym labiryncie decyzji. - udało mu się odpowiedzieć bez zająknięcia. Płynnie zgrał znaczenie swojej wypowiedzi z tą Erika, chcąc pokazać, że zrozumiał, co niosą ze sobą te słowa. Przynajmniej taką miał nadzieję.
- Już o tym rozmawialiśmy, do harmonii potrzeba balansu - przypomniał mu, być może wybijając cała tę konwersację z rytmu, wracając wspomnieniami do pogawędki w gabinecie Kanclerza, w Ministerstwie Magii wcale nie tak dawno temu. A jednak, wydawało się, jakby to spotkanie odbyło się przed latami, jakby rzucali sobie ukradkiem spojrzenia, pozostając w statusie Quo. Jakby gra w szachy odbyta w pokoju na piętrze zakończyła się patem i od wtedy lawirowali dookoła takiego rozwiązania. Każde uczucie meandrowało pomiędzy słowami w niedopowiedzeniu, więc trudno było stwierdzić cokolwiek na pewno. Elliott nie potrafił zdecydować czy bardziej go to emocjonuje, czy irytuje, chyba jedno i drugie na raz. Jedno wiedział na pewno: wpadł po uszy, do tego stopnia, że ich kolor zmieniał się na czerwień, za każdym razem gdy Longbottom obdarzał go pozytywniejszym słowem.
- Daj spokój, wystarczy, ze wsadziłeś ten wianek na... - zaczął, ale zaraz urwał, uśmiechając się pod nosem. Cóż. Za szybko mówił, za wolno myślał. Nieczęsto mu się to zdarzało, ale jak już tak się stało, to trzeba było wziąć konsekwencje na barki.
Pomachał ręką, jakby mówił 'nie bierz tego, co właśnie powiedziałem pod uwagę'.
Najchętniej złapałby go po prostu za rękaw i zaciągnął do pobliskiego zagajnika. W mundurze wyglądał naprawdę dobrze, ale bez niego na pewno też niczego sobie (jeżeli nie lepiej).
Uśmiechnął się sam do siebie na tę myśl.
- Dobrze, masz u mnie dług. Zgłoszę się po niego w swoim czasie, nie wiem kiedy, może być tak, że w środku tygodnia, w środku nocy. - wzruszył ramionami, niby niewinnie. Oczywiscie powiedział to żartobliwie, ale... czy na pewno? Ogniki w spojrzeniu niebieskich oczu mogły sugerować coś całkowicie przeciwnego.
- Daj, pomogę ci. To się, chyba, tu zapina, żeby się tak łączyła z tą drugą, co ja mam... - w tym stanie był o wiele skorszy do dotyku, więc bez oporów zajął się bransoletką, którą należało nałożyć na nadgarstek. Skupił na tym całą swoją uwagę, ponieważ zapięcie wydawało się mieć swoją teorię na temat tego, jak powinno być zakleszczone, aby nie spaść z ręki.
Zdawał sobie sprawę, że ból fizyczny często stawał się jedynie zagubionym między materiałem pościeli okruchem w porównaniu z ogromem rozrywających serce czy umysł uczuć. Gdyby Erik w tamtym momencie nie miał zamkniętych oczu, zapewne spostrzegłby jak pławiące się w iluminacji pozytywnych uczuć spojrzenie Elliotta pociemniało, przez chwilę wracając do swojej zwyczajowej, tajemniczej głębi.
Na określenie 'piękna' zareagował delikatnym, być może zakłopotanym uśmiechem. Nie uważał bransoletki za urodziwą, była raczej tandetna, tania i absolutnie nie pasująca do jakichkolwiek części garderoby, które sam by dla siebie wybrał. Mimo to, przyciągnęła jego spojrzenie, sprawiła, że zawiesił je na niej chwilę dłużej. Sam przedmiot nie był aż tak ważny, liczyły się intencje i uczucia, które nim kierowały podczas wyboru i wręczania.
- Bo zazwyczaj tego nie robię - przyznał bez ogródek - Ale tym razem... - chciał dokończyć, ale kolejne słowa Longbottoma całkowicie strąciły go z pantałyku. Zamrugał, trochę za szybko, aby zostało to odebrane za naturalny ruch powiek. Bardzo szybko wyłapał rumieniec, którym oblał się rozmówca. Sam czuł lekkie pieczenie policzków, więc musiał wyglądać podobnie, jeżeli nie 'gorzej'. Jasne włosy i karnacja miały to do siebie, że każde, intensywniejsze uczucia można było z nich wyczytać jak z otwartej księgi.
Już wcześniej bijące w przyspieszonym rytmie serce ponownie dało o sobie znać, a gardło zacisnęło się, gdy chciał wydobyć z niego choć krztynę sensownej wypowiedzi.
Powinien był skarcić się w myślach, ale wypełniała go euforia, mieszająca się poniekąd ze skrępowaniem i przestrachem, że ta chwila może dobiec końcowi, że odczuwane emocje zanikną, pozostawiając serce i duszę na powrót jałowymi, spragnionymi chociaż powiewu troski.
Wiedział, co chce powiedzieć, ale wyrzucenie z siebie prawdy i bezpośrednich odczuć było trudniejsze niż czarowanie publiki półkłamstwami i osobowością przeznaczoną do wystąpień, spotkań z szerszą publiką.
Pokazał Erikowi taką samą bransoletkę, z drugą częścią gwiazdki, którą zostawił dla siebie.
- Pozostaje tylko mieć nadzieję, że potrafię świecić dla ciebie równie jasno, żebyś nie zabłądził w gęstym labiryncie decyzji. - udało mu się odpowiedzieć bez zająknięcia. Płynnie zgrał znaczenie swojej wypowiedzi z tą Erika, chcąc pokazać, że zrozumiał, co niosą ze sobą te słowa. Przynajmniej taką miał nadzieję.
- Już o tym rozmawialiśmy, do harmonii potrzeba balansu - przypomniał mu, być może wybijając cała tę konwersację z rytmu, wracając wspomnieniami do pogawędki w gabinecie Kanclerza, w Ministerstwie Magii wcale nie tak dawno temu. A jednak, wydawało się, jakby to spotkanie odbyło się przed latami, jakby rzucali sobie ukradkiem spojrzenia, pozostając w statusie Quo. Jakby gra w szachy odbyta w pokoju na piętrze zakończyła się patem i od wtedy lawirowali dookoła takiego rozwiązania. Każde uczucie meandrowało pomiędzy słowami w niedopowiedzeniu, więc trudno było stwierdzić cokolwiek na pewno. Elliott nie potrafił zdecydować czy bardziej go to emocjonuje, czy irytuje, chyba jedno i drugie na raz. Jedno wiedział na pewno: wpadł po uszy, do tego stopnia, że ich kolor zmieniał się na czerwień, za każdym razem gdy Longbottom obdarzał go pozytywniejszym słowem.
- Daj spokój, wystarczy, ze wsadziłeś ten wianek na... - zaczął, ale zaraz urwał, uśmiechając się pod nosem. Cóż. Za szybko mówił, za wolno myślał. Nieczęsto mu się to zdarzało, ale jak już tak się stało, to trzeba było wziąć konsekwencje na barki.
Pomachał ręką, jakby mówił 'nie bierz tego, co właśnie powiedziałem pod uwagę'.
Najchętniej złapałby go po prostu za rękaw i zaciągnął do pobliskiego zagajnika. W mundurze wyglądał naprawdę dobrze, ale bez niego na pewno też niczego sobie (jeżeli nie lepiej).
Uśmiechnął się sam do siebie na tę myśl.
- Dobrze, masz u mnie dług. Zgłoszę się po niego w swoim czasie, nie wiem kiedy, może być tak, że w środku tygodnia, w środku nocy. - wzruszył ramionami, niby niewinnie. Oczywiscie powiedział to żartobliwie, ale... czy na pewno? Ogniki w spojrzeniu niebieskich oczu mogły sugerować coś całkowicie przeciwnego.
- Daj, pomogę ci. To się, chyba, tu zapina, żeby się tak łączyła z tą drugą, co ja mam... - w tym stanie był o wiele skorszy do dotyku, więc bez oporów zajął się bransoletką, którą należało nałożyć na nadgarstek. Skupił na tym całą swoją uwagę, ponieważ zapięcie wydawało się mieć swoją teorię na temat tego, jak powinno być zakleszczone, aby nie spaść z ręki.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦