- To sarkazm – o tym genie nie mówiła poważnie, tylko właśnie ironicznie, bo nikt tak nie potrafił jej podkurwić jak jej matka. I z nikim nie miała takich spięć jak z Isabelle. Z tego co zrozumiała, to podobną relację miał Sauriel z ojcem – tylko jeszcze bardziej napiętą, jeszcze bardziej chorą i toksyczną. Dlatego prześmiewczo powiedziała o tym genie, bo oboje, i Isabella i Eryk dawali jej ten sam vibe. Może miało to coś wspólnego z jakimś przodkiem, ale prawdopodobnie było po prostu związane z wychowaniem.
Tu nie chodziło o to, by się przejął tą informacją, albo żeby nim wstrząsnęła. Nie. Chodziło o uświadomienie mu, że ma pojęcie o jego rodzinie, bo są też poniekąd jej własną rodziną – dalszą, ale gdzieś tam na jakichś spotkaniach rodzinnych Parkinsonów spotkali się kilka razy. Wiedziała więc kto mieszkał w tym wielkim domu, znała ich z imienia, ale tylko nielicznych znała trochę lepiej.
- To już zauważyłam – uśmiechnęła się do niego lekko. Właśnie dlatego bardzo skrótowo mu powiedziała, gdzie ta jego rodzina sięga. Ale wiedziała, że Sauriel nie jest towarzyskim typem, zwłaszcza jeśli chodziło o spędzanie czasu z rodziną, za którą się nie przepadało i dobrze wychodziło tak naprawdę tylko na zdjęciach… - A z drugą częcią twojej rodziny? Znaczy z Mulciberami? – zapytała z ciekawości właściwie, nie miała nic złego na myśl. Ona sama… Chyba bliżej jej było do Parkinsonów niż do Lestrange’ów prawdę mówiąc. Nie żeby nie socjalizowała się z rodziną od strony ojca i nazwiska jakie nosiła – bo oczywiście znała swoje kuzynostwo, ale zwyczajnie większy kontakt miała z rodziną matki. Może to przez bibliotekę…
- Ale… - Victoria się zgubiła i było to widać po jej minie, że nie nadąża za Saurielem. - Ale przecież sam powiedziałeś, że mnie zaskoczysz i się nauczysz – a jej słowa nie miały być… niemiłe czy naciskające na strunę. Raczej może bardziej chciała, by były dla niego jakąś zachętą do tego, żeby się sprawdzać w czymś innym. A on zabrzmiał teraz jakoś tak ostro. - Zdecyduj się – nie miała pojęcia co jest grane, bo Sauriel nie komunikował się wprost, tylko skakał z humoru w humor i jak się go nie znało, to pewnie trudno było wyłapać co znowu było nie tak. I tak – nie lubił, jeśli ktoś miał wobec niego oczekiwania. Tylko problem polegał na tym, że oczekiwań nie miało się co najwyżej do obcych sobie ludzi, a nie tych bliskich. Victoria zaś miała być teoretycznie tym najbliższym człowiekiem… więc oczekiwać (heh), że nie będzie miała żadnych oczekiwań, było oczekiwaniem naiwnym. Bo jasne było, że jakieś będzie miała – i już jakieś miała! I tak samo była gotowa na to, że Sauriel też jakieś oczekiwania będzie względem niej miał. Tylko… to chyba nie był jeszcze etap na rozmowę o wzajemnych oczekiwaniach wobec siebie.
- To chcesz? – tak, pamiętała, że było mu źle po ludzkim żarciu, ale jednocześnie, że mógł je jeść. Podsunęła mu więc bombonierkę niemalże pod nos, bo skoro go kusiło, a się powstrzymywał, żeby jej te czekoladki sprezentować, to kim by ona była, by mu ich odmówić? Tak czy tak ostatecznie sama sięgnęła w końcu po kocią łapeczkę i uśmiechnięta jak dziecko, wpakowała ją sobie do pysia. Za to kiedy Sauriel powiedział swoje, to na moment zamarła jak statua, nim przygryzła usta, mamlając jeszcze przez moment czekoladkę. – To nie tak, że miałam zły humor – kłamstwo. Miała fatalny humor podczas ich wycieczki, do tego stopnia, że bez słowa pożegnania teleportowała się do domu, zostawiając Sauriela samego w Londynie i nie mówiąc mu, gdzie znika. Można się było domyślić gdzie – ale mimo wszystko. - Chciałam przeprosić. Powinnam ci była powiedzieć wcześniej, ale wtedy pewnie zacząłbyś wydziwiać, a to był obiektywnie najlepszy sposób, żeby się przemieścić z Londynu – zaczęła od dupy strony w sumie, ale prawda była taka, że nie przywykła do rozmawiania o słabościach. Wiedziała jednak, że zachowała się chujowo. Sauriel zachował się chujowiej, ale to w sumie nie sprawiało, że musiała się zniżać do jego poziomu, bo by ją przecież pokonał doświadczeniem. - Pewnie się zorientowałeś, ale no. Mam lęk wysokości. Naprawdę źle znoszę latanie. Naprawdę źle.
Rzucam na charyzmę czy będzie brzmiała jakkolwiek przekonująco z tą swoją ściemą:
Krytyczny sukces!