05.04.2023, 02:02 ✶
Obserwował bliźniaczkę uważnie. Obydwoje byli oszczędni w słowach, enigmatyczni w posunięciach, ale nikt nie był w stanie tak dobrze rozszyfrować gestów Eden, jak Elliott; nikt nie był w stanie tak trafnie zrozumieć spojrzeń Elliotta, jak Eden.
Tkwili na tym okręcie razem, byli dobraną i wyćwiczoną załogą, która potrafiła wykaraskać się z najgorszego nawet sztormu, pracując razem i odsuwając swoje prywatne interesy na bok. Ironicznie, nienawidzili się przy tym, będąc częścią tej samej całości, jednocześnie różną i w tym samym momencie chorobliwie podobną; nie potrafili ze sobą wytrzymać, bo byli praktycznie jednakowi w swojej różnorodności.
Chciał wierzyć w słowa siostry, niczego innego w tym momencie nie pragnął, aby ich marumorowo-szary status Quo takim pozostał. Jakiekolwiek zaburzenie go oznaczało nowe doświadczenia, sprawdziany czy potrafiliby wyjść poza bańkę znajomych przywilejów. Jako rodzina pozostawali z boku, nawet gdy nazwisko było tak dobrze znane. Poruszali sznurkami władzy zza kotary, tak że żadna z osób, jaka próbowała wycelować w nich swój palec, nie miała żadnych dowodów, oprócz swojego własnego doświadczenia. Tak było najbezpieczniej, meandrować pomiędzy kartami historii i jednocześnie nosić na barkach jej ciężar, przekazując jego odrobiny, po kawałku, na ramiona nowego pokolenia.
Kruchy rozejm wymuszony ojcowską ręką, jaki mieli z Eden wydawał się wisieć na włosku, a może właśnie nie? Elliott nie był pewien czy powinien myśleć o siostrze jako o sprzymierzeńcu, ale dopóki, dopóty ktoś nie był otwarcie twoim wrogiem i nie wykonywał zagrażających ci akcji, mógł być potencjalnym aliantem. Pokazywanie swojego faktycznego stanowiska, którym od dawna była chęć pozbycia się ojca, było w tym momencie nierozważne, jedynie by go pogrążyło, sprawiło że w oczach potencjalnego sojusznika wyszedłby na emocjonalnego, nielogicznego i absolutnie irracjonalnego; takich zachowaniem i stanowiskiem na pewno nie zdobyłby zaufania siostry, jeżeli w ogóle, cokolwiek na świecie mogło sprawić, że ta podejrzliwa istota dałaby wiarę czemuś poza swoją własną prawdą. Znał siebie na wylot, nie wierzył nawet tym, którym chciał, nie sądził, że w wypadku Eden było inaczej.
Złość rozrywała go od środka, opanowywał ją zwyczajowymi kajdanami chłodu, który w takich sytuacjach był jedynym znajomym mechanizmem. Poza przyłożeniem dłoni do skroni, nie zrobił nic więcej. Nie przygryzał paznokci, nie rzucał spojrzeń, nie marszczył brwi. Jego twarz przypominała jeden z posągów w przestronnym holu; była lustrzanym odbiciem tej ojcowskiej, tyle że pozbawiona perfidnego wyrazu, który zdawało się, odziedziczyła jego bliźniaczka.
Zazwyczaj stawiał na neutralność, ale w sytuacjach kryzysowych jego chłód był niemalże odczuwalny na skórze. Oczywiście, jedni byli na to bardziej odporni, innych to przerażało, Elliott zdawał sobie sprawę, że jest tak samo otwartą księgą dla siostry, jak ona jest dla niego. Nie było sensu niczego ukrywać, a już definitywnie nie obrzydzenia w spojrzeniu niebieskich oczu, które zawsze się w nich pojawiało, gdy temat schodził na Fortinbrasa.
- Masz rację, może nie wiem jaki ma cel w bieganiu wraz z grupą ekstermistów i podpalaniu niewinnych festynowiczów - sarkastycznie podsumował próbę obrony ojca - Na pewno poszedł tam ich ostrzec - dodał, tym razem nie powstrzymując się od sarkastycznie zabarwionego uniesienia brwi, aby zaraz je opuścić i wrócić do wcześniejszego wyrazu twarzy. Gdyby takie zdanie wygłosił ktokolwiek inny, zapewne potraktowałby go ostrzami słów znacznie boleśniej, ale w tym wypadku nie było sensu tego robić. Oczywiście, musiał odepchnąć ogromną chęć poczucia satysfakcji, jaka by z tego płynęła, ale to była podrzędna kwestia. Był już za dojrzały na takie gierki, zwłaszcza gdy losy rodziny ważyły się na jego własnych, i bliźniaczki, oczach.
Na matkę nie spojrzał, jasne oczy wbijając w siostrę, rozumiejąc jej spojrzenie, przystając nawet na wypowiedziane w strone Eleonory słowa. Niesamowicie przypominała mu w tym ojca, więc podświadomie powstrzymywał odruch wymiotny, który takie akcje wywoływały, ale z drugiej strony, zdawał sobie doskonale sprawę, że jakby spojrzał w lustro, zobaczyłby w nim takie samo odbicie gestów i zachowań Fortinbrasa. Byli jedno wiernymi kopiami z odrobiną fantazyjnych dodatków. Ta sama kolekcja ubrań, aż na inny sezon.
Nie kontynuował rozmowy, tylko dlatego że w progu pomieszczenia stała matka i musiał na nią jakoś zareagować. Szczerze powiedziawszy, niezbyt mu się to uśmiechało. Miał nadzieję, że słowa siostry odpowiednio ją odstraszą, sprawią, że fuknie coś pod nosem i schowa się w swoich komnatach, odcięta od całego świata, od odpowiedzialności zrozumienia czegokolwiek i kogokolwiek poza swoimi własnymi potrzebami.
Kobieta wydała się niewzruszona komentarzami swojej córki, rzuciła jej nieprzychylne spojrzenie, acz pokryta stwardniałą maseczką twarz nie zmarszczyła się w żadnym wyrazie, co, w normalnych okolicznościach, mogłoby wyglądać złowrogo, ale nie, gdy drobna posturą blondynka wyglądała jakby ktoś jej przeszkodził w sesji, w salonie spa.
- Zadałam ci pytanie, Eden. Oczekuje na nie odpowiedzi - dopiero po wypowiedzeniu tych słów przeniosła spojrzenie na swojego syna - I ty też, kto to widział milczeć, gdy siostra cię wyręcza? Jak zwykle musi robić wszystko za ciebie. Jest coś, w czym potrafisz wziąć inicjatywę, dziecko? - przekrzywiła lekko głowę, definitywnie wylewając swoją frustrację słowami córki, na jej bliźniaku.
Brew Elliotta drgnęło ostrzegawczo, ale nie wykonał żadnych innych ruchów, wiedząc, że kobieta jedynie czeka, aby pławić się w zirytowaniu syna. Zawsze to robiła, był na to przygotowany.
- Jeżeli chcesz ode mnie usłyszeć odpowiedź, zwróć się do mnie po imieniu, mamo - wypowiedział słowa spokojnie, acz niesamowicie jadowicie, jakby samo to zdanie miało sprawić, że ostrze zirytowania przebije się przez pierś rozmówcy i zostawi bez ostatniego tchu.
- Przeszkadzasz nam, rozmawialiśmy - przymrużył oczy, czując, że bez powiedzenia czegoś bardziej niemiłego, irytacja wyleje się zeń szalonym wodospadem.
Tkwili na tym okręcie razem, byli dobraną i wyćwiczoną załogą, która potrafiła wykaraskać się z najgorszego nawet sztormu, pracując razem i odsuwając swoje prywatne interesy na bok. Ironicznie, nienawidzili się przy tym, będąc częścią tej samej całości, jednocześnie różną i w tym samym momencie chorobliwie podobną; nie potrafili ze sobą wytrzymać, bo byli praktycznie jednakowi w swojej różnorodności.
Chciał wierzyć w słowa siostry, niczego innego w tym momencie nie pragnął, aby ich marumorowo-szary status Quo takim pozostał. Jakiekolwiek zaburzenie go oznaczało nowe doświadczenia, sprawdziany czy potrafiliby wyjść poza bańkę znajomych przywilejów. Jako rodzina pozostawali z boku, nawet gdy nazwisko było tak dobrze znane. Poruszali sznurkami władzy zza kotary, tak że żadna z osób, jaka próbowała wycelować w nich swój palec, nie miała żadnych dowodów, oprócz swojego własnego doświadczenia. Tak było najbezpieczniej, meandrować pomiędzy kartami historii i jednocześnie nosić na barkach jej ciężar, przekazując jego odrobiny, po kawałku, na ramiona nowego pokolenia.
Kruchy rozejm wymuszony ojcowską ręką, jaki mieli z Eden wydawał się wisieć na włosku, a może właśnie nie? Elliott nie był pewien czy powinien myśleć o siostrze jako o sprzymierzeńcu, ale dopóki, dopóty ktoś nie był otwarcie twoim wrogiem i nie wykonywał zagrażających ci akcji, mógł być potencjalnym aliantem. Pokazywanie swojego faktycznego stanowiska, którym od dawna była chęć pozbycia się ojca, było w tym momencie nierozważne, jedynie by go pogrążyło, sprawiło że w oczach potencjalnego sojusznika wyszedłby na emocjonalnego, nielogicznego i absolutnie irracjonalnego; takich zachowaniem i stanowiskiem na pewno nie zdobyłby zaufania siostry, jeżeli w ogóle, cokolwiek na świecie mogło sprawić, że ta podejrzliwa istota dałaby wiarę czemuś poza swoją własną prawdą. Znał siebie na wylot, nie wierzył nawet tym, którym chciał, nie sądził, że w wypadku Eden było inaczej.
Złość rozrywała go od środka, opanowywał ją zwyczajowymi kajdanami chłodu, który w takich sytuacjach był jedynym znajomym mechanizmem. Poza przyłożeniem dłoni do skroni, nie zrobił nic więcej. Nie przygryzał paznokci, nie rzucał spojrzeń, nie marszczył brwi. Jego twarz przypominała jeden z posągów w przestronnym holu; była lustrzanym odbiciem tej ojcowskiej, tyle że pozbawiona perfidnego wyrazu, który zdawało się, odziedziczyła jego bliźniaczka.
Zazwyczaj stawiał na neutralność, ale w sytuacjach kryzysowych jego chłód był niemalże odczuwalny na skórze. Oczywiście, jedni byli na to bardziej odporni, innych to przerażało, Elliott zdawał sobie sprawę, że jest tak samo otwartą księgą dla siostry, jak ona jest dla niego. Nie było sensu niczego ukrywać, a już definitywnie nie obrzydzenia w spojrzeniu niebieskich oczu, które zawsze się w nich pojawiało, gdy temat schodził na Fortinbrasa.
- Masz rację, może nie wiem jaki ma cel w bieganiu wraz z grupą ekstermistów i podpalaniu niewinnych festynowiczów - sarkastycznie podsumował próbę obrony ojca - Na pewno poszedł tam ich ostrzec - dodał, tym razem nie powstrzymując się od sarkastycznie zabarwionego uniesienia brwi, aby zaraz je opuścić i wrócić do wcześniejszego wyrazu twarzy. Gdyby takie zdanie wygłosił ktokolwiek inny, zapewne potraktowałby go ostrzami słów znacznie boleśniej, ale w tym wypadku nie było sensu tego robić. Oczywiście, musiał odepchnąć ogromną chęć poczucia satysfakcji, jaka by z tego płynęła, ale to była podrzędna kwestia. Był już za dojrzały na takie gierki, zwłaszcza gdy losy rodziny ważyły się na jego własnych, i bliźniaczki, oczach.
Na matkę nie spojrzał, jasne oczy wbijając w siostrę, rozumiejąc jej spojrzenie, przystając nawet na wypowiedziane w strone Eleonory słowa. Niesamowicie przypominała mu w tym ojca, więc podświadomie powstrzymywał odruch wymiotny, który takie akcje wywoływały, ale z drugiej strony, zdawał sobie doskonale sprawę, że jakby spojrzał w lustro, zobaczyłby w nim takie samo odbicie gestów i zachowań Fortinbrasa. Byli jedno wiernymi kopiami z odrobiną fantazyjnych dodatków. Ta sama kolekcja ubrań, aż na inny sezon.
Nie kontynuował rozmowy, tylko dlatego że w progu pomieszczenia stała matka i musiał na nią jakoś zareagować. Szczerze powiedziawszy, niezbyt mu się to uśmiechało. Miał nadzieję, że słowa siostry odpowiednio ją odstraszą, sprawią, że fuknie coś pod nosem i schowa się w swoich komnatach, odcięta od całego świata, od odpowiedzialności zrozumienia czegokolwiek i kogokolwiek poza swoimi własnymi potrzebami.
Kobieta wydała się niewzruszona komentarzami swojej córki, rzuciła jej nieprzychylne spojrzenie, acz pokryta stwardniałą maseczką twarz nie zmarszczyła się w żadnym wyrazie, co, w normalnych okolicznościach, mogłoby wyglądać złowrogo, ale nie, gdy drobna posturą blondynka wyglądała jakby ktoś jej przeszkodził w sesji, w salonie spa.
- Zadałam ci pytanie, Eden. Oczekuje na nie odpowiedzi - dopiero po wypowiedzeniu tych słów przeniosła spojrzenie na swojego syna - I ty też, kto to widział milczeć, gdy siostra cię wyręcza? Jak zwykle musi robić wszystko za ciebie. Jest coś, w czym potrafisz wziąć inicjatywę, dziecko? - przekrzywiła lekko głowę, definitywnie wylewając swoją frustrację słowami córki, na jej bliźniaku.
Brew Elliotta drgnęło ostrzegawczo, ale nie wykonał żadnych innych ruchów, wiedząc, że kobieta jedynie czeka, aby pławić się w zirytowaniu syna. Zawsze to robiła, był na to przygotowany.
- Jeżeli chcesz ode mnie usłyszeć odpowiedź, zwróć się do mnie po imieniu, mamo - wypowiedział słowa spokojnie, acz niesamowicie jadowicie, jakby samo to zdanie miało sprawić, że ostrze zirytowania przebije się przez pierś rozmówcy i zostawi bez ostatniego tchu.
- Przeszkadzasz nam, rozmawialiśmy - przymrużył oczy, czując, że bez powiedzenia czegoś bardziej niemiłego, irytacja wyleje się zeń szalonym wodospadem.
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦