Istniały różne rodzaje geniuszu. Tym mianem można było określić zarówno skrupulatnego pracownika Ministerstwa, naukowca badającego tajemnice magii lub wszechświata jak i Samiego, który potrafił zrobić coś z rzeczy, które większość czarodziejów uznałaby za śmieci i co więcej, potrafił na tym zarobić. Sam w jej oczach był nie tylko uzdolnionym, kreatywnym czarodziejem. Przede wszystkim był osobą, która pomimo ogromu przeciwności losu z jakimi musiał zmagać się w swoim życiu, był gotowy uchylić nieba swoim bliskim, który tego potrzebowali. Wiedziała, że nie Sam nie patrzy na siebie w ten sposób. Irytowała ją niesprawiedliwość tego świata - to, że ludzie którzy byli prawdziwie wartościowi, zdawali się tego nie zauważać.
- To ta umiejętność wtapiania się w otoczenie. Gdybym była animagiem, przybierałabym formę kameleona. - oznajmiła pewnym głosem i zaczepnie uniosła lekko brew. Tylko przez chwilę brzmiało to fajnie; po tym, jak błyskawicznie zmienił się jej wyraz twarzy można było zauważyć, że chyba to do niej dotarło. Poczuła, jak przechodzą ją ciarki zażenowania. - Miałabym wyłupiaste oczy, długi język i jadłabym muchy. Uh, chyba podziekuję.
Jej poczucie zażenowania minęło tak szybko jak się pojawiło, miała dosyć duży dystans do siebie.
- Oh, czyli mnie przejrzałeś. No dobra, wszystko Ci powiem. - popatrzyła na niego poważnie. Sugestywnie zerknęła w stronę posiłku, którym poczęstowała Sama. To, że był to pierwszy jego posiłek już nawet jej nie dziwiło. Poddała się w próbie doedukowania go (nie tylko jako uzdrowicielka i przede wszystkim przyjaciółka), że to śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia i nie, papieros i kawa nie liczą się jako posiłek.
- Malwa dodała do twojej porcji specjalny składnik, po którym zgodzisz się na wszystko, o co Cię poproszę. Na dobry początek, w końcu wyegzekwuję od Ciebie jedzenie normalnego śniadania przed rozpoczęciem pracy. A później, możesz na przykład przepisać na mnie warsztat. Skoro dobrze się z nim komponuję, będę mogła przesiadywać tu ile będę chciała, bez świadomości, że w każdej chwili możesz mnie wyrzucić. - mówiła spokojnym, poważnym głosem. Sam jednak znał ją na tyle długo, że mógł domyślać się, że się zgrywa.
Posłała mu wesoły uśmiech, który nijak pasował do jej wcześniejszych bardzo groźnych gróźb.
- Dzięki, na pewno przekażę. - kiwnęła głową. Wiedziała, że Malwa robi najlepszy Wellington na świecie. W innym wypadku nie poprosiłaby jej, żeby przygotowała go akurat dziś.
Jedną z cech Dani było to, że bardzo uważnie słuchała tego, co się do niej mówiło. Zarówno jako cicha słuchaczka jak i aktywna uczestniczka rozmowy, zawsze starała się wyczuć, czego w danym momencie potrzebuje jej rozmówca. Lubiła słuchać ludzi, a już zwłaszcza, gdy mówili o czymś z prawdziwą pasją - ich aura lśniła wtedy tak pięknie.
Zaangażowanie Samiego szybko jej się udzieliło. Choć miała zerowe pojęcie na temat mugolskich wynalazków, buty z kółkami na podeszwie wydały jej się wyjątkowo interesujące.
- Mugole jeżdżą dla zabawy jeżdżą czymś, przez co na dobrą sprawę mogą się przewrócić i wybić sobie zęby? - upewniła się, a w jej oczach pojawił się charakterystyczny błysk. - Przecież to jest genialne! Kiedy uda Ci się sprawić, że będą pływać na wodzie, mógłbyś sprzedać ten patent rybakom, wodowrotki są znacznie poręczniejsze i bardziej zwrotne niż niejedna łódka. - wyrzuciła z siebie. Niemal natychmiast zaskoczyła z blatu - wtedy można było dostrzec brudny ślad na jasnoniebieskiej sukience. W ogóle go nie zauważyła. A gdyby go zauważyła, wątpliwe żeby się przejęła, kompletnie nie przywiązywała do tego uwagi.
- Masz tylko jedną parę, prawda? Byłbyś w stanie załatwić drugą? Nie muszą być magiczne, mogą być te bez ulepszenia, mugolskie. Odkupię! Przecież u mnie w domu oszaleją na ich punkcie. - nawijała. Oczami wyobraźni widziała, jak urządzają konkurs, jeżdżąc po korytarzach posiadłości. Kto się pierwszy wywali, wygrywa. Przecież to z automatu czyniło ją potencjalnym zwyciężą.
Posłała mu wesoły uśmiech. W międzyczasie sięgnęła do kieszeni sukienki i wyjęła elegancko zapakowaną kopertę. Wcisnęła mu w dłonie, jak gdyby nigdy nic, nieszczególnie wyjaśniła też o co chodzi - była zbyt zaaferowana wrotkami, by wpaść na to, że fajnie byłoby mu wytłumaczyć co i jak.
- To co, mogę się przejechać? Obiecuję, że nic nie popsuję!
Koperta zawierała jedną karteczkę - eleganckie, imienne zaproszenie na Bal Charytatywny organizowany przez jej rodzinę.
beauty and terror
just keep going
no feeling is final