Zieloną. Zalałam kubki wrzątkiem i przygotowałam wkłady z zieloną herbatą. Dobrze pamiętałam, że z tym typem herbaty trzeba poczekać aż woda trochę ostygnie. Przetransportowałam kubki i wkłady i cukier do salonu.
— Oh, przepraszam za niego. To mój ptak pocztowy... Dostałam go, sama bym nigdy nie wybrała czegoś takiego...
Westchnęłam i odgarnęłam grzywkę z twarzy. Nie miałam nigdy prywatnego ptaka pocztowego. Do szkoły zabrałam gołębia mamy. A tego całego Krzysztofika dostałam "w spadku" po staruszce, która umarła w okolicach... wyprowadzki.
Wbiłam wzrok w Lyssę. Niemożliwe!
— Dzika!? — wyrzuciłam z ekscytacją. — Ale takiego prawdziwego!? Dzikiego!? Jak go trzyma!? Jest wytresowany?
Dzik! Niesamowite zwierzęta! Król lasu! Cóż, również wsi i miast już niedługo.
Nie chciałam czekać dłużej na herbatę. Jak zwykle nie pomyślałam i nalałam gorącej wody do pełna zamiast zapełnić połowę kranówką. Ale i na to są sposoby. Stuknęłam różdżką w oba kubki, by trochę schłodzić wrzątek. Chyba wyszło. Wsadziłam wkłady do kubków i zabrałam się do opróżniania mojego. Zapomniałam zupełnie dodać sobie cukru, a eklerki i pączusie już dawno wyparowały z mojej buzi, ale no trudno. Ciężkie czasy, trzeba się hartować.