06.04.2023, 00:02 ✶
Cathal pamiętał Cynthię Flint. Nie miał pojęcia, jak to jest niepamiętać – chociaż chętnie by się dowiedział, bo znakomita ilość ludzi, którzy na zawsze osiedli w jego wspomnieniach, wraz ze wszystkimi słowami, jakie do niego wypowiedzieli, każdą miną, jaką zrobili i każdym wykonanym gestem, nie była warta zapamiętania. Z dużym prawdopodobieństwem jednak nawet bez genetycznego piętna, pamiątki po nadmiernej dbałości o czystość krwi w rodzie Gauntów, akurat ją by rozpoznał. Ładna buzia, dużo towarzyskiego sprytu, zamiłowanie do krojenia ciał i wreszcie wisienka na torcie, oczarowanie jego ciotki – to wszystko wystarczyło, aby została sklasyfikowana nieco inaczej niż większość napotykanych ludzi.
- Cynthia Flint – stwierdził i zmierzył ją spojrzeniem, niezbyt jednak nachalnym, bo zaraz skupił wzrok na jej twarzy. – Na całe szczęście, dziś nikt ani razu nie zapytał mnie o Nobyego Leacha. Ale przyznaję, właśnie planowałem ucieczkę w angielskim stylu. Chociaż może zmieniłbym plany, gdybym wiedział, że cię zaproszono.
Przesunął spojrzeniem po sali. Mimowolnie wypatrywał ciotki, gdy Cynthia wspomniała o nowym nosie. Ostatnio stała w rogu, z nieznanym Shafiqowi mężczyzną, ale zdążyła się przemieścić i znikła mu z oczu. Przez moment rozważał, czy to nie jest właśnie ten moment do wykorzystania na ucieczkę doskonałą, ale ostatecznie pozostał na miejscu. Miał tylko nadzieję, że zaraz tego nie pożałuje – kiedy na przykład dopadnie go jeden ze sponsorów wykopalisk, znany z tego, że miał sporo pieniędzy i siedem córek na wydaniu, a za to nie miał rozsądku, skoro pośród kandydatów na zięciów widział kogoś takiego jak Cathal.
Ewentualnie wystarczyła mu czysta krew. Shafiq nawet do pewnego stopnia to rozumiał, bo jak tu znaleźć dla tychże córek i jednego syna dość kawalerów, z którymi nie mają wspólnego dziadka, gdy tak niewiele rodzin utrzymało „właściwy” status…
- Obawiam się, że tym razem grozi mi rzodkiewka – odparł z kamiennym wyrazem twarzy, przez co ciężko było stwierdzić, czy mówi poważnie, czy żartuje. – Zaczynam sądzić, że marnujesz się w Biurze Koronera – dodał z pewnym zamyśleniem, kiedy wyłapał jej nagłą zmianę wyrazu twarzy. Pozwolił tym słowom przebrzmieć, zrobił pauzę, po części dla lepszego efektu, po części, bo porównywał to z każdym gestem, każdą miną, z ostatniego razu, mimo upływu lat dla niego łatwych do przypomnienia. – Powinnaś występować na deskach Teatru Selwynów. Zostałabyś jego największą gwiazdą.
Może dlatego zaintrygowała go przy pierwszym spotkaniu na tyle, by i teraz obudziła się w nim pewna ciekawość – tego, co dokładnie jest grą, a co nie, i czy gdy opadła ta maska uśmiechu posłanemu jednemu z gości, pod nią znajdowała się następna, przybierana na jego użytek. Ile prawdy było w iskrach rozbawienia w jej jasnych oczach?
- Cynthia Flint – stwierdził i zmierzył ją spojrzeniem, niezbyt jednak nachalnym, bo zaraz skupił wzrok na jej twarzy. – Na całe szczęście, dziś nikt ani razu nie zapytał mnie o Nobyego Leacha. Ale przyznaję, właśnie planowałem ucieczkę w angielskim stylu. Chociaż może zmieniłbym plany, gdybym wiedział, że cię zaproszono.
Przesunął spojrzeniem po sali. Mimowolnie wypatrywał ciotki, gdy Cynthia wspomniała o nowym nosie. Ostatnio stała w rogu, z nieznanym Shafiqowi mężczyzną, ale zdążyła się przemieścić i znikła mu z oczu. Przez moment rozważał, czy to nie jest właśnie ten moment do wykorzystania na ucieczkę doskonałą, ale ostatecznie pozostał na miejscu. Miał tylko nadzieję, że zaraz tego nie pożałuje – kiedy na przykład dopadnie go jeden ze sponsorów wykopalisk, znany z tego, że miał sporo pieniędzy i siedem córek na wydaniu, a za to nie miał rozsądku, skoro pośród kandydatów na zięciów widział kogoś takiego jak Cathal.
Ewentualnie wystarczyła mu czysta krew. Shafiq nawet do pewnego stopnia to rozumiał, bo jak tu znaleźć dla tychże córek i jednego syna dość kawalerów, z którymi nie mają wspólnego dziadka, gdy tak niewiele rodzin utrzymało „właściwy” status…
- Obawiam się, że tym razem grozi mi rzodkiewka – odparł z kamiennym wyrazem twarzy, przez co ciężko było stwierdzić, czy mówi poważnie, czy żartuje. – Zaczynam sądzić, że marnujesz się w Biurze Koronera – dodał z pewnym zamyśleniem, kiedy wyłapał jej nagłą zmianę wyrazu twarzy. Pozwolił tym słowom przebrzmieć, zrobił pauzę, po części dla lepszego efektu, po części, bo porównywał to z każdym gestem, każdą miną, z ostatniego razu, mimo upływu lat dla niego łatwych do przypomnienia. – Powinnaś występować na deskach Teatru Selwynów. Zostałabyś jego największą gwiazdą.
Może dlatego zaintrygowała go przy pierwszym spotkaniu na tyle, by i teraz obudziła się w nim pewna ciekawość – tego, co dokładnie jest grą, a co nie, i czy gdy opadła ta maska uśmiechu posłanemu jednemu z gości, pod nią znajdowała się następna, przybierana na jego użytek. Ile prawdy było w iskrach rozbawienia w jej jasnych oczach?