06.04.2023, 22:38 ✶
W pierwszym odruchu dziewczyna wzdrygnęła się, słysząc jak Vakel obraca jej słowa i przyjmuje całą winę na siebie, podczas gdy ona w całym swoim roztrzęsieniu chciała miotać gromami na prawo i lewo. po równo, bo im więcej celu było w zasięgu wzroku, tym bardziej mogłaby się wyżyć. Szybko jednak dotarło do niej, że w tym geście nie było niczego szlachetnego - Dolohov nie zachowywał się jak ktoś, kto z pełną odpowiedzialnością dostrzegał swoje błędy i był w stanie przyjąć wiadomości, że jego dziecko cierpiało przez niego. Nie, zachowywał się jak ktoś, kto w obliczu bycia pociąganym do zbiorowej odpowiedzialności, zastanawiał się czemu on sam musiał być potraktowany tak niesprawiedliwie. Ale miał rację, bogu ducha winny Peregrinus nie miał z tym wszystkim nic wspólnego. Nie był jej bratem, dalekim krewnym, a tym bardziej ojcem. Był tylko jego asystentem i robił to, czego Vakel od niego wymagał.
Z jakiegoś też powodu, to właśnie Trelawney i jego troskliwy, a jednocześnie tak prosty gest, sprawił że w Lyssie zawrzało. Przyjęła chusteczkę, zaciskając palce na białym materiale i spojrzała na jego dłoń, którą oparł na jej ramieniu, a potem też i na niego, nie mówiąc jednak nic. Była wystraszone, ale przede wszystkim rozczarowana i zraniona. Nie tylko Beltane. Starała się odrobinę chociaż zdusić wszystkie przykre słowa, które cisnęły jej się do gardła. Kiedy jednak jej ojciec założył rękawiczkę, żeby jej dotknąć, wzdrygnęła się.
- Nie dotykaj mnie - rzuciła ostro, zbijając jego dłoń, marszcząc przy tym z niezadowoleniem brwi. Uzmysławiając sobie jednak to, co właściwie chciał zrobić, z furią sięgnęła wolną dłonią do włosów, zaczynając przeczesywać je palcami i wyciągać pozostałe tam dary lasu. - Zielone? Białe? - zapytała, czując jak łzy spływały jej po policzkach i jak już od tego wszystkiego zaczyna wilgotnieć jej też nos. Gardło tylko, zdawało się nie pod wpływem żalu, a gniewu, bo zamiast ściskać się od wzbierającego szlochu, gładko przepuszczało kolejne słowa. Lyssa znała te techniki; znajdź kolory, określ faktury, zidentyfikuj zapachy. Wszystko to, co osadzało człowieka w rzeczywistości i nie pozwalało umysłowi latać i obijać się w panice niczym dzikie ptaszysko, które wleciało przez okno pokoju. Problem jednak polegał na tym, że nie miała absolutnie ochoty na to, żeby w tym konretnym momencie bawić się w podobne rozrywki. - Mogę wymienić co najwyżej jedną czarną - odpowiedziała, patrząc na niego znacząco i uśmiechając się brzydko, z całym żalem i rozczarowaniem, jakie w tym momencie do niego żywiła.
- Zostawiłeś mnie samą - rzuciła dobitnie. Co takiego zrobił? Dokładnie to. - Nie mogłeś poświęcić tych paru godzin i chociaż poudawać, że ci zależy? - zapytała z wyrzutem, będąc jednocześnie świadomą, że to przecież nie tak, że mu nie zależało. Gdyby tak było, to wystawiłby ją za drzwi, chociaż to w jaki sposób odnosił do niej, czasem w jej mniemaniu pozostawało wiele do życzenia. Lyssa miała wiele żalu do swojej matki za to, że ta ją zabrała z Anglii, ale równie wielkie jego pokłady miała do ojca, który jej zdaniem nie próbował nawet jakkolwiek znaleźć z nią kontaktu. Jej problem nie rozciągał się na tylko tu i teraz, ale szedł o wiele dalej. Wciąż jednak część niej była wygłodniała po tych wszystkich latach. Głodna jego uwagi i aprobaty, najlepiej w formie którą sobie wymarzyła. - Miałeś miesiące na ty, by bawić się w przeglądanie książek, przekładanie kart i szukanie odpowiedzi gdzie tylko się dało, na temat anomalii na Beltane i co się tam może stać. Ale wiesz co? Do czegokolwiek nie doszedłeś, chyba niewiele to zmieniło, bo jakaś banda oszołomów postanowiła wywołać spod ziemi światło, nic nie działało tak jak powinno i jestem całkowicie przekonana, że parę osób nie wróci dzisiaj szczęśliwie do domu - mówiła coraz głośniej i głośniej, to uśmiechając się, to ściągając znowu brwi, jakby sama nie mogła się zdecydować, co właściwie czuje, albo jak poradzić sobie z emocjami. Kiedy jednak wreszcie skończyła, usta zadrgały jej lekko, uświadamiając sobie faktycznie znaczenie jej ostatnich słów i jakie miała szczęście. Jedne z ostatnich słów, które ktoś rzucił na polanie, były nad wyraz znaczące. On, nie brzmiał na osobę, która specjalnie by się rozdrabniała. Tak samo jak i jego poplecznicy. Lyssa odwróciła twarz w kierunku Trelawneya, który wrócił z kocem i herbatą, odbierając od niego to drugie i owijając się nim, znowu nieco rozżalona jego zachowaniem. Usiadła, zajmując miejsce w wygodniejszym fotelu i wyciągając do niego ręce po filiżankę z herbatą, bezgłośnie tylko szepcząc do niego dziękuję.
Z jakiegoś też powodu, to właśnie Trelawney i jego troskliwy, a jednocześnie tak prosty gest, sprawił że w Lyssie zawrzało. Przyjęła chusteczkę, zaciskając palce na białym materiale i spojrzała na jego dłoń, którą oparł na jej ramieniu, a potem też i na niego, nie mówiąc jednak nic. Była wystraszone, ale przede wszystkim rozczarowana i zraniona. Nie tylko Beltane. Starała się odrobinę chociaż zdusić wszystkie przykre słowa, które cisnęły jej się do gardła. Kiedy jednak jej ojciec założył rękawiczkę, żeby jej dotknąć, wzdrygnęła się.
- Nie dotykaj mnie - rzuciła ostro, zbijając jego dłoń, marszcząc przy tym z niezadowoleniem brwi. Uzmysławiając sobie jednak to, co właściwie chciał zrobić, z furią sięgnęła wolną dłonią do włosów, zaczynając przeczesywać je palcami i wyciągać pozostałe tam dary lasu. - Zielone? Białe? - zapytała, czując jak łzy spływały jej po policzkach i jak już od tego wszystkiego zaczyna wilgotnieć jej też nos. Gardło tylko, zdawało się nie pod wpływem żalu, a gniewu, bo zamiast ściskać się od wzbierającego szlochu, gładko przepuszczało kolejne słowa. Lyssa znała te techniki; znajdź kolory, określ faktury, zidentyfikuj zapachy. Wszystko to, co osadzało człowieka w rzeczywistości i nie pozwalało umysłowi latać i obijać się w panice niczym dzikie ptaszysko, które wleciało przez okno pokoju. Problem jednak polegał na tym, że nie miała absolutnie ochoty na to, żeby w tym konretnym momencie bawić się w podobne rozrywki. - Mogę wymienić co najwyżej jedną czarną - odpowiedziała, patrząc na niego znacząco i uśmiechając się brzydko, z całym żalem i rozczarowaniem, jakie w tym momencie do niego żywiła.
- Zostawiłeś mnie samą - rzuciła dobitnie. Co takiego zrobił? Dokładnie to. - Nie mogłeś poświęcić tych paru godzin i chociaż poudawać, że ci zależy? - zapytała z wyrzutem, będąc jednocześnie świadomą, że to przecież nie tak, że mu nie zależało. Gdyby tak było, to wystawiłby ją za drzwi, chociaż to w jaki sposób odnosił do niej, czasem w jej mniemaniu pozostawało wiele do życzenia. Lyssa miała wiele żalu do swojej matki za to, że ta ją zabrała z Anglii, ale równie wielkie jego pokłady miała do ojca, który jej zdaniem nie próbował nawet jakkolwiek znaleźć z nią kontaktu. Jej problem nie rozciągał się na tylko tu i teraz, ale szedł o wiele dalej. Wciąż jednak część niej była wygłodniała po tych wszystkich latach. Głodna jego uwagi i aprobaty, najlepiej w formie którą sobie wymarzyła. - Miałeś miesiące na ty, by bawić się w przeglądanie książek, przekładanie kart i szukanie odpowiedzi gdzie tylko się dało, na temat anomalii na Beltane i co się tam może stać. Ale wiesz co? Do czegokolwiek nie doszedłeś, chyba niewiele to zmieniło, bo jakaś banda oszołomów postanowiła wywołać spod ziemi światło, nic nie działało tak jak powinno i jestem całkowicie przekonana, że parę osób nie wróci dzisiaj szczęśliwie do domu - mówiła coraz głośniej i głośniej, to uśmiechając się, to ściągając znowu brwi, jakby sama nie mogła się zdecydować, co właściwie czuje, albo jak poradzić sobie z emocjami. Kiedy jednak wreszcie skończyła, usta zadrgały jej lekko, uświadamiając sobie faktycznie znaczenie jej ostatnich słów i jakie miała szczęście. Jedne z ostatnich słów, które ktoś rzucił na polanie, były nad wyraz znaczące. On, nie brzmiał na osobę, która specjalnie by się rozdrabniała. Tak samo jak i jego poplecznicy. Lyssa odwróciła twarz w kierunku Trelawneya, który wrócił z kocem i herbatą, odbierając od niego to drugie i owijając się nim, znowu nieco rozżalona jego zachowaniem. Usiadła, zajmując miejsce w wygodniejszym fotelu i wyciągając do niego ręce po filiżankę z herbatą, bezgłośnie tylko szepcząc do niego dziękuję.
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.