Miał wrażenie, że czas nigdy jeszcze mu się tak nie dłużył. Tłum ludzi stojący tuż przed nimi jakby w ogóle nie poruszał się do przodu. Niecierpliwił się okropnie. Nie miał jednak wpływu na to, jak szybko porusza się kolejka. Każdy w końcu znalazł się tu po coś, czy aby kupić los, czy odebrać swoją nagrodę. Podejrzewał, że takich jak on było zdecydowanie mniej. Wygrane nie mogły się przecież zdarzać zbyt często. Gra nie miałaby wtedy większego sensu. Sam jakoś nigdy nie interesował się zarabianiem pieniędzy w ten sposób, może powinien zacząć? Skoro pierwszy los, który wpadł w jego dłonie okazał się być zwycięski. Wydawało się to być całkiem szybkim sposobem zarobku. Zdecydowanie bardziej atrakcyjnym niż grzebanie w śmieciach i tworzenie z nich czegoś interesującego.
Najistotniejsze było w tym wszystkim to, że będzie mógł wykorzystać nagrodę, aby pomóc Jackie. Może uda mu się dzięki temu znaleźć jakiegoś specjalistę, wiadomo, że jeśli pojawiają się większe pieniądze to nagle można znaleźć specjalistów gotowych pomóc schorowanej dziewczynie. Liczył, że właśnie tak się to skończy. Było to trochę jak bajka, szczególnie dla takiego faceta, jak on. Jego życie nigdy nie było usłane różami, przywykł raczej do tego, żeby nigdy nie wychylać się z szeregu, znał bardzo dobrze swoje miejsce w całej czarodziejskiej hierarchii - wiedział, że jest nikim. Teraz mogło się to zmienić, mógł choć na chwilę poczuć, że stać go na więcej, szczególnie z dodatkowym zapleczem finansowym.
Samuel łączył tę ponadprzeciętną ilość zainteresowanych loterią z tym, że przecież gdzieś musieli kupować losy. Wydawało mu się, że nie mogło tu chodzić tylko o odbieranie nagród, zbyt wielu by się tu znalazło szczęściarzy.
- To ciekawe, moje gratulacje. To chyba nie zdarza się zbyt często, naprawdę interesujące. - Los uśmiechnął się najwyraźniej i do niego i do tej kobiety, która przed nim stała. Wydawało mu się jednak, że nie wygląda ona na osobę, która jakoś specjalnie potrzebuje zastrzyku dodatkowej gotówki. Jej ubrania wyglądały na drogie, w ogóle miał wrażenie, że śmierdzi bogactwem, była przy tym jednak całkiem sympatyczna, mało który burżuj w ogóle zwróciłby na niego uwagę, a ona to zrobiła.
- Jestem pracownikiem ministerstwa. - Dosyć krótko odpowiedział. To była ta czynność o której chętniej mówił. Nie dzielił się z pierwszymi lepszymi, dopiero poznanymi osobami tym, czym zajmował się w większości. Ne wyglądał zapewne też, jak typowy pracownik ministerstwa, ale zajmował się jedynie edukowaniem młodzieży w ramach kursów teleportacji. - Wie pani, Carrow, typowe dla nas, uczymy teleportacji. - Próbował zażartować, w kuluarach krążyły przecież opowieści o kolejnych nauczycielach tego sposobu transportu właśnie przez członków jego rodziny.
Ledwo zaczęli rozmawiać, to kolejka poruszyła się do przodu. Całkiem szybko znalazł się przy okienku - co za felerny zbieg okoliczności. Przekazał kupon mężczyźnie, który siedział za ladą. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, jeszcze chwila, moment i będzie miał w ręku swoją wygraną. Facet spojrzał jednak na niego dosyć sceptycznie, Sam nie do końca wiedział, o co mu chodzi. W końcu miał otrzymać gotówkę. - Los jest przeterminowany. - Rzekł łysy mężczyzna szorstkim głosem. - Ale jak to? - Carrow próbował dowiedzieć się, jak to jest możliwe. Czyli jednak szczęście wcale się do niego nie uśmiechnęło? - Nie gadaj, NASTĘPNY.- Najwyraźniej nie zamierzał z nim dyskutować.
Był rozczarowany, zdecydowanie nie tego oczekiwał. Mina momentalnie mu zrzedła, odwrócił się jeszcze jednak do kobiety. - Może pani będzie miała więcej szczęścia. - Przepuścił ją przed sobą, aby ona miała szansę teraz odebrać swoją nagrodę.