06.04.2023, 23:49 ✶
Słyszała swoje imię wypowiadane pomiędzy szlochnięciami Effimery, ale chyba to do niej jeszcze nie dotarło – to, że to było jej imię, bo to wszystko było tak nierzeczywiste. Dlaczego niby ktokolwiek miałby je tu zamknąć wbrew ich woli? Tam, na Polanie Ognisk działo się teraz coś. Coś strasznego, z pewnością, bo ludzie nie krzyczeli panicznie przez coś dobrego. I chociaż nie mogła zobaczyć wiele poza biegnącymi w stronę lasu czarodziejami, poza skupioną twarzą Charles’a, poza silnym ramieniem ojca odgradzającym ją od zderzenia z przypadkowym człowiekiem, to czuła, że wcale nie musiała widzieć. Bo wyobraźnia podpowiadała jej wiele scen i chociaż ostatnio cechowało ją olbrzymie czarnowidztwo, ledwo zbijane przez ostatki silnej woli i nadziei na lepsze jutro, Macmillan nie uważała, że akurat teraz przesadza.
„To on!”, które rozbrzmiało po całej polanie na moment przed ich zniknięciem. To był on, to był Lord Voldemort – był tam teraz, z Charles’em, z kuzynem Effimery, z Theodorem, z innymi ich przyjaciółmi. A oni wszyscy zawsze byli tacy odważni, zawsze chcieli stawiać czoła przeciwnościom losu i walczyli przeciwko nim, ryzykując wszystko i…
- Effie, przecież my musimy wieszyć, musimy, bo-
Bo jak żyć inaczej.
Sarah załkała, obserwując jak Trelawney obgryza paznokcie. Spróbowała wstać i zrobić coś, cokolwiek, ale kiedy tylko stanęła na równych nogach, omal nie upadła. Decyzja jej ojca była okrutna z dwóch powodów. Po pierwsze – wcale nie chciała tutaj być, chciała być tam, z nim, dbając o jego bezpieczeństwo. Po drugie – na litość boską, na opatrzność Matki, na brodę Merlina i każdego starego mędrca czasów, kiedy wymyślano podwaliny wykorzystywanej przez nich magii. Teleportacja była po prostu okropna. Macmillan postawiła kilka niepewnych kroków, a później opadła na to siedzisko, z którego podniosła się przed chwilą druga dziewczyna.
- Klęci mi się w głowie… – przyznała, przełykając gorzką ślinę. Można by pomyśleć, że to właśnie zbuduje w niej potrzebę zawahania się, ale było to mylne – Sarah na widok trzymanego w górze popiersia, skinęła głową. – Jak lozbijemy szybę, to możemy zejść po tej dlewnianej klatce, po któlej pnie się bluszcz. – Było to co prawda w jej stanie i przy jej zdolnościach do autodestrukcji wyjątkowo ryzykowne, ale przecież nie myślała teraz trzeźwo, czego ostatecznym dowodem było to, że podniosła leżącą obok poszewkę i zacisnęła na niej swoje palce, wpatrując się Effie prosto w oczy. – Może zawińmy to w pościel, to się będzie łatwiej zamachnąć, niż gdyby tak… uderzyć po plostu – zaproponowała w najbardziej niepewnym tonie, jaki tylko mógł wydobyć się z jej ust.
„To on!”, które rozbrzmiało po całej polanie na moment przed ich zniknięciem. To był on, to był Lord Voldemort – był tam teraz, z Charles’em, z kuzynem Effimery, z Theodorem, z innymi ich przyjaciółmi. A oni wszyscy zawsze byli tacy odważni, zawsze chcieli stawiać czoła przeciwnościom losu i walczyli przeciwko nim, ryzykując wszystko i…
- Effie, przecież my musimy wieszyć, musimy, bo-
Bo jak żyć inaczej.
Sarah załkała, obserwując jak Trelawney obgryza paznokcie. Spróbowała wstać i zrobić coś, cokolwiek, ale kiedy tylko stanęła na równych nogach, omal nie upadła. Decyzja jej ojca była okrutna z dwóch powodów. Po pierwsze – wcale nie chciała tutaj być, chciała być tam, z nim, dbając o jego bezpieczeństwo. Po drugie – na litość boską, na opatrzność Matki, na brodę Merlina i każdego starego mędrca czasów, kiedy wymyślano podwaliny wykorzystywanej przez nich magii. Teleportacja była po prostu okropna. Macmillan postawiła kilka niepewnych kroków, a później opadła na to siedzisko, z którego podniosła się przed chwilą druga dziewczyna.
- Klęci mi się w głowie… – przyznała, przełykając gorzką ślinę. Można by pomyśleć, że to właśnie zbuduje w niej potrzebę zawahania się, ale było to mylne – Sarah na widok trzymanego w górze popiersia, skinęła głową. – Jak lozbijemy szybę, to możemy zejść po tej dlewnianej klatce, po któlej pnie się bluszcz. – Było to co prawda w jej stanie i przy jej zdolnościach do autodestrukcji wyjątkowo ryzykowne, ale przecież nie myślała teraz trzeźwo, czego ostatecznym dowodem było to, że podniosła leżącą obok poszewkę i zacisnęła na niej swoje palce, wpatrując się Effie prosto w oczy. – Może zawińmy to w pościel, to się będzie łatwiej zamachnąć, niż gdyby tak… uderzyć po plostu – zaproponowała w najbardziej niepewnym tonie, jaki tylko mógł wydobyć się z jej ust.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.