06.04.2023, 23:53 ✶
Dolohov w ciszy odpalił swoją fajkę i zaciągnął się dymem. Milczał jakiś czas, nie odpowiadając jej na te słowa w żaden sposób. Dopiero kiedy powietrze nad nim zrobiło się szare od wydychanych raz za razem kłębów dymu, poprawił swoje usadowienie i odparł:
- Kiedy sama mówisz o sobie w taki sposób, odbierasz mi tę niesamowitą satysfakcję płynącą ze sprowadzania cię do parteru, Loretto.
Nie chodziło mu, wbrew pozorom, które odnieść by mógł ktoś, kto Dolohova nie znał, o kiełkującą w duszy chęć bycia dla niej kompletną gnidą – lubił po prostu na potyczki na myśli i słowa, lubił się też ze swoimi przyjaciółmi droczyć, nie szczędząc sobie przy tym sarkastycznych docinek. Kiedy ktoś mówił o sobie w taki sposób, odbierał mu całą przyjemność z komentowania rzeczywistości.
- Jak dwa przeciwne sobie bieguny – przyznał, wpatrując się w jej oblicze, w żaden konkretny sposób nie reagując na parsknięcie przez nią śmiechem. Prześledził jej podróż w stronę fotela, splatając swoje palce i umieszczając je pod swoją brodą. Łokcie oparł na blacie dębowego biurka. Pewnie by był jednym z tych, co takim urokom ulegają, bo się nigdy nie krył z ciepłymi myślami na temat rzeczy pięknych, ale gęsta magia amortencji, która odebrała mu trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość, skutecznie pozbawiła go jakiejkolwiek ciepłej opinii o innej kobiecie, a w gruncie rzeczy, zanim go spętały sidła, jakie zastawiła na niego Annaleigh, Dolohov zdawał się nie widzieć wokół siebie zbyt wielu osób, kiedy w zasięgu wzroku znajdował się jego asystent. – Cóż to musi być za poświęcenie własnej godności, żeby się toczyć ślepo za człowiekiem, który prowadzi cię do zgubienia. – Wstał, poprawiając swoją marynarkę i przeszedł się wzdłuż tego biurka, niespokojnie, jakby nie umiał wysiedzieć w miejscu dłużej niż tych kilkadziesiąt sekund poświęconych na odpalenie fajki i splecenie palców. Wiadomo było, co w ten sposób sugerował: że sam by tego nigdy nie zrobił. Mylił się tutaj oczywiście, ale patrząc na niego przez pryzmat dokonań, którymi się tak żywo i wesoło chwalił w każdej szanującej się, angielskiej gazecie, podążanie za kimś bez pomyślunku pasowało do wizerunku samowystarczalnego badacza jak pięść do mordy. To on zbierał ludzi wokół siebie – nie na odwrót.
– Cóż cię tak urzeka w mężczyznach, którzy ciągną w dół?
- Kiedy sama mówisz o sobie w taki sposób, odbierasz mi tę niesamowitą satysfakcję płynącą ze sprowadzania cię do parteru, Loretto.
Nie chodziło mu, wbrew pozorom, które odnieść by mógł ktoś, kto Dolohova nie znał, o kiełkującą w duszy chęć bycia dla niej kompletną gnidą – lubił po prostu na potyczki na myśli i słowa, lubił się też ze swoimi przyjaciółmi droczyć, nie szczędząc sobie przy tym sarkastycznych docinek. Kiedy ktoś mówił o sobie w taki sposób, odbierał mu całą przyjemność z komentowania rzeczywistości.
- Jak dwa przeciwne sobie bieguny – przyznał, wpatrując się w jej oblicze, w żaden konkretny sposób nie reagując na parsknięcie przez nią śmiechem. Prześledził jej podróż w stronę fotela, splatając swoje palce i umieszczając je pod swoją brodą. Łokcie oparł na blacie dębowego biurka. Pewnie by był jednym z tych, co takim urokom ulegają, bo się nigdy nie krył z ciepłymi myślami na temat rzeczy pięknych, ale gęsta magia amortencji, która odebrała mu trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość, skutecznie pozbawiła go jakiejkolwiek ciepłej opinii o innej kobiecie, a w gruncie rzeczy, zanim go spętały sidła, jakie zastawiła na niego Annaleigh, Dolohov zdawał się nie widzieć wokół siebie zbyt wielu osób, kiedy w zasięgu wzroku znajdował się jego asystent. – Cóż to musi być za poświęcenie własnej godności, żeby się toczyć ślepo za człowiekiem, który prowadzi cię do zgubienia. – Wstał, poprawiając swoją marynarkę i przeszedł się wzdłuż tego biurka, niespokojnie, jakby nie umiał wysiedzieć w miejscu dłużej niż tych kilkadziesiąt sekund poświęconych na odpalenie fajki i splecenie palców. Wiadomo było, co w ten sposób sugerował: że sam by tego nigdy nie zrobił. Mylił się tutaj oczywiście, ale patrząc na niego przez pryzmat dokonań, którymi się tak żywo i wesoło chwalił w każdej szanującej się, angielskiej gazecie, podążanie za kimś bez pomyślunku pasowało do wizerunku samowystarczalnego badacza jak pięść do mordy. To on zbierał ludzi wokół siebie – nie na odwrót.
– Cóż cię tak urzeka w mężczyznach, którzy ciągną w dół?
with all due respect, which is none