Łatwo wydać ocenę kogoś, o kim tylko się słyszy, przeczyta w gazetach o jakimś skandalu i powie „co za idiota” albo „co za głupia krowa” i Victoria nieraz taką ocenę wydała. Jednak kiedy ktoś jest bliżej, kiedy ma się stać twoją najbliższą rodziną, to o tę ocenę było trudnej – bo zaczynasz dostrzegać niuanse, mniejsze i większe szczególiki, które sprawiają, że z bieli bądź czerni wchodzimy w całą paletę odcieni szarości. I dlatego trudno jej było teraz jednoznacznie ocenić Annę. Tak jak starała się nie oceniać Sauriela ze względu na jego wybory, które miały prowadzić do jego przetrwania, ale Sauriel to w ogóle była inna kwestia – i tenże mężczyzna miał być jej życiowym partnerem, a to rzucało na niego ich kontakt zupełnie inne światło, obowiązki i wymagania.
– Trochę tak – przyznała. – Ale nie chcę tego oceniać, bo nie znam tamtej sytuacji życiowej… I w ogóle… Ale wydaje mi się to ogromną desperacją – spojrzała na Sauriela w zamyśleniu. – To nie brzmi jak łatwa decyzja. Ale też późniejszy stan rzeczy jest bardzo zastanawiający. Nie każdy mężczyzna przyjąłby później taką kobietę do domu – i nie chciał rozwodu, nie wziął sobie innej żony i tak dalej. Nie w tym świecie. W tym musiało być coś więcej. Może jednak jakaś toksyczna miłość? Zaborczość? Poczucie posiadania i przynależności? Wszystko na raz? Nie chciała tego oceniać. Zamiast tego posłała Saurielowi lekki uśmiech, bo cokolwiek to nie było – cóż, teraz byli tutaj z perspektywą, że za niecały miesiąc będą już oficjalnie parą.
– Dzięki – odpowiedziała i lekko w głos westchnęła, jakby zrzucała z siebie jakiś kamień. Trochę tak, bo bała się, że Sauriel tej nie-do-końca prawdy nie kupi i będzie drążył, a ona bardzo tego tematu ciągnąć nie chciała, bo sama go sobie jeszcze w głowie nie ułożyła poza tym, że ją wkurwiał – dlatego nie chciała mówić o czymś, czego sama nie łapała. – Ale to się zmieniło, co? Jeszcze cztery miesiące temu byś nie powiedział, że mnie lubisz w jakimkolwiek stopniu – i to ze wzajemnością – w obie strony. Bo wtedy nie powiedziałaby, że go lubi, a teraz naprawdę… Czuła pewnego rodzaju ulgę, że lubi spędzać czas ze swoim przyszłym mężem i że faktycznie go polubiła. Zresztą tak jak sam mówił: że go polubi. Polubiła. Spojrzała za to na niego z uniesionymi brwiami i głową lekko pod kątem – z uśmieszkiem i zaskoczeniem pomieszanym z lekkim podziwem. Jakoś nie umiała go sobie wyobrazić jako wydającego polecenia męża; za bardzo miał na wszystko wywalone do tej pory, by mieć taki obraz przed oczami.
– Po prostu głośno myślę – wywróciła oczami. – Byłeś tam ze mną, a jakoś tak najłatwiej o tym porozmawiać z kimś, komu nie trzeba całej sytuacji wykładać przed nos – a ten od razu już brał to za propozycję rozkładania sprawy na części pierwsze. – Jak potrzebujesz pieniędzy to wystarczy tylko powiedzieć, kupię ci co tam będziesz chciał – znowu kącik ust jej drgnął, a oczy przymrużyły się w rozbawieniu. Tak. To była Victoria drocząca się z Saurielem. – No chyba, że chcesz… zostać moją dziwką? – i nawet puściła mu oko.