08.04.2023, 12:39 ✶
- Pierwsza na pewno nie, ale z pewnością najgorsza – wyjaśnił, uśmiechając się nieco drętwo na samą myśl o swoim własnym pechu. – Raz w szkole wysadziłem sobie eliksir prosto w twarz, zostałem chodzącym bąblem.
W dodatku poparzonym bąblem, ale tego już nie dodawał. Bolało jak diabli, ale mimo to nie wiązało się z utratą krwi, a tym bardziej niemalże śmiercią. Czy ta przeklęta wróżka, na którą ostatnio wpadł po tym, jak przesadził z alkoholem, miała rację w kwestii ponuraka? Z drugiej strony… leżałby już wtedy w trumnie, więc nie do końca. Nie zmieniało to jednak faktu, że kłopoty lgnęły do Ollivandera, a przez to wpadali w nie również jego bliżsi i dalsi znajomi.
Skoro nie stracił ręki, nie zastanawiał się też nad protezą. W innym wypadku pewnie właśnie tak by było. Skoro jego ojciec i wuj byli w stanie stworzyć coś, co pomagało funkcjonować jego niewidomemu kuzynowi, dlaczego nie mogliby wyrzeźbić protezy ręki, która przy pomocy włosa jednorożca nabrałaby mocy? Gdyby jeszcze zaciągnąć do tego Potterów, może nawet wyglądałaby całkiem przyzwoicie? Dlaczego w ogóle nie wpadli na to, by wykorzystać te umiejętności w swoim biznesie?
Skinął głową na potwierdzenie, że widział, jak pani Bulstrode wychodzi na zewnątrz w płaszczu, zamiast fartuchu, co oznaczało, że nie wróci w najbliższym czasie, najprędzej dopiero jutro.
- Myślę, że to całkiem dobre określenie. Zagroziła, że mnie spetryfikuje, jeśli będę się wiercił. To mówi samo za siebie – przyznał się jej ze śmiechem. Nie przejmował się tym, że inni uzdrowiciele nieco obawiali się Florence i jej nadmiernego zaangażowania w pracę. Doskonale rozumiał ich lęk, ale mimo to nie dało się zaprzeczyć, że miała tu szacunek, na który zasłużyła. Zresztą, gdyby każdy z nich angażował się w każdą sprawę zbyt emocjonalnie, pewnie wszyscy prędko skończyliby w Lecznicy Dusz. W pracy uzdrowiciela trzeba było mieć charakter. I dlatego nadawała się do tego Bulstrode, czy Longbottom, ale niekoniecznie taki nerwowy Ollivander.
- O ile jakiś stażysta nie będzie chciał się jej podlizać, kablując na mnie, to raczej tak – dodał, z wdzięcznością przyjmując herbatę. – Powinnaś dostać naklejkę dzielny uzdrowiciel, o ile takie też macie. Widziałem te z dzielnym pacjentem dla dzieciaków. Wiesz, że Lupin nie pozwolił mi takiej wziąć?!
Złapał kubek zdrową ręką, czując na palcach przyjemne ciepło. Po wypadku z czarnomagiczną szkatułką było mu cały czas zimno, chociaż wiedział, że to minie. Pani Bulstrode dogłębnie mu wszystko wyjaśniła razem z tym drugim uzdrowicielem, którego nazwiska nie potrafił zapamiętać. Nazwali go przy okazji intrygującym przypadkiem, choć nie miał pojęcia, dlaczego.
- Brenny chyba nic nie ruszy – stwierdził, wzruszając ramionami. – Ale cieszę się, że tobie nic nie jest, choć widzę, że toniesz w papierach – dodał i kiwnął głową w kierunku kartek i teczek, które Danielle przesunęła, by zrobić miejsce na herbatę. Zaraz jednak spochmurniał, gdy padło pytanie o Castiela. Tyle ludzi przewijało się przy jego szpitalnym łóżku, z rodziną i przyjaciółmi na czele, ale Flint ani razu się nie pojawił. Pewnie miał jakieś problemy w pracy, przez które nie znalazł czasu na zajrzenie do szpitala. Nie zmieniało to jednak faktu, że Fergusowi było z tego powodu po prostu przykro.
- Nie, nie miałem okazji – bąknął tylko i podniósł kubek, by upić łyk herbaty, choć parzyła w usta.
W dodatku poparzonym bąblem, ale tego już nie dodawał. Bolało jak diabli, ale mimo to nie wiązało się z utratą krwi, a tym bardziej niemalże śmiercią. Czy ta przeklęta wróżka, na którą ostatnio wpadł po tym, jak przesadził z alkoholem, miała rację w kwestii ponuraka? Z drugiej strony… leżałby już wtedy w trumnie, więc nie do końca. Nie zmieniało to jednak faktu, że kłopoty lgnęły do Ollivandera, a przez to wpadali w nie również jego bliżsi i dalsi znajomi.
Skoro nie stracił ręki, nie zastanawiał się też nad protezą. W innym wypadku pewnie właśnie tak by było. Skoro jego ojciec i wuj byli w stanie stworzyć coś, co pomagało funkcjonować jego niewidomemu kuzynowi, dlaczego nie mogliby wyrzeźbić protezy ręki, która przy pomocy włosa jednorożca nabrałaby mocy? Gdyby jeszcze zaciągnąć do tego Potterów, może nawet wyglądałaby całkiem przyzwoicie? Dlaczego w ogóle nie wpadli na to, by wykorzystać te umiejętności w swoim biznesie?
Skinął głową na potwierdzenie, że widział, jak pani Bulstrode wychodzi na zewnątrz w płaszczu, zamiast fartuchu, co oznaczało, że nie wróci w najbliższym czasie, najprędzej dopiero jutro.
- Myślę, że to całkiem dobre określenie. Zagroziła, że mnie spetryfikuje, jeśli będę się wiercił. To mówi samo za siebie – przyznał się jej ze śmiechem. Nie przejmował się tym, że inni uzdrowiciele nieco obawiali się Florence i jej nadmiernego zaangażowania w pracę. Doskonale rozumiał ich lęk, ale mimo to nie dało się zaprzeczyć, że miała tu szacunek, na który zasłużyła. Zresztą, gdyby każdy z nich angażował się w każdą sprawę zbyt emocjonalnie, pewnie wszyscy prędko skończyliby w Lecznicy Dusz. W pracy uzdrowiciela trzeba było mieć charakter. I dlatego nadawała się do tego Bulstrode, czy Longbottom, ale niekoniecznie taki nerwowy Ollivander.
- O ile jakiś stażysta nie będzie chciał się jej podlizać, kablując na mnie, to raczej tak – dodał, z wdzięcznością przyjmując herbatę. – Powinnaś dostać naklejkę dzielny uzdrowiciel, o ile takie też macie. Widziałem te z dzielnym pacjentem dla dzieciaków. Wiesz, że Lupin nie pozwolił mi takiej wziąć?!
Złapał kubek zdrową ręką, czując na palcach przyjemne ciepło. Po wypadku z czarnomagiczną szkatułką było mu cały czas zimno, chociaż wiedział, że to minie. Pani Bulstrode dogłębnie mu wszystko wyjaśniła razem z tym drugim uzdrowicielem, którego nazwiska nie potrafił zapamiętać. Nazwali go przy okazji intrygującym przypadkiem, choć nie miał pojęcia, dlaczego.
- Brenny chyba nic nie ruszy – stwierdził, wzruszając ramionami. – Ale cieszę się, że tobie nic nie jest, choć widzę, że toniesz w papierach – dodał i kiwnął głową w kierunku kartek i teczek, które Danielle przesunęła, by zrobić miejsce na herbatę. Zaraz jednak spochmurniał, gdy padło pytanie o Castiela. Tyle ludzi przewijało się przy jego szpitalnym łóżku, z rodziną i przyjaciółmi na czele, ale Flint ani razu się nie pojawił. Pewnie miał jakieś problemy w pracy, przez które nie znalazł czasu na zajrzenie do szpitala. Nie zmieniało to jednak faktu, że Fergusowi było z tego powodu po prostu przykro.
- Nie, nie miałem okazji – bąknął tylko i podniósł kubek, by upić łyk herbaty, choć parzyła w usta.