10.04.2023, 22:24 ✶
Skinęła głową, słuchając słów brata. Zdaje się, że ich poglądy były dość zbieżne, przynajmniej wedle tego, co wypowiadały ich usta. Tak, nie powinni się wtrącać w rzeczy, której znajdowały się w rękach czystokrwistych od bardzo, bardzo dawna. Ustalony porządek świata, tego należało się trzymać, inaczej wszystko runie, gdy fundamenty zostaną naruszone.
Bez fundamentów przecież nawet najstaranniej zaprojektowany budynek nie będzie w stanie utrzymać się w nienaruszonym stanie – bo koniec końców cała konstrukcja popęka i się posypie, pozostawiając po sobie jedynie ruiny pięknych idei. Cóż komu po pięknie, jeśli nie opiera się na porządnych podstawach…?
- Owszem, niedorzeczne – przyznała, wykrzywiając wargi w mało przyjemnym uśmiechu – Słyszą tacy o magii jedynie w baśniach słuchanych na dobranoc czy też czytają w tych swoich książeczkach, a potem nagle sowa przynosi im list i dowiadują się, że mogą nosić różdżkę. Ba, nie tylko nosić, ale również i jej używać na wiele sposobów. Hura, bajka jest prawdziwa, sen się spełnia, nic, tylko brać i czerpać teraz z tego całymi garściami – prychnęła dość pogardliwie. Tak. Zdecydowanie pewne rzeczy powinny zostać niezmienne – nie zaś podważane przez tych, którzy do magicznego świata dostali się tak naprawdę przez przypadek.
Bo przecież przez całe dotychczasowe życie mogli sobie jedynie wyobrażać, że istnieje coś więcej niż zwyczajna, szara rzeczywistość, w której naprawdę nie było miejsca na nadzwyczajne moce. A jeśli ktoś twierdził, że takowe ma – to przeważnie był oszustem. Ewentualnie czarodziejem, któremu padło na głowę, skoro się ujawniał przed mugolami, pod płaszczem pięknych słówek.
- W każdym razie mam nadzieję, że nie uda im się przekonać nikogo, że są równi. Bo nie są. Nie mogą być – pokręciła głową, czując pewien absmak. Również i na własne wybory życiowe – jakkolwiek by nie patrzeć, swą przyszłość wiązała raczej z Mungiem. A czy tego chciała czy nie, przez szpital przewijały się najróżniejsze osoby. Tak jak i wcześniej przez Hogwart – co powodowało, że musiała się maskować. Raz za razem, tym bardziej gdy dostała odznakę Prefekta… i to niekoniecznie dlatego, że faktycznie jej się należała – jak podejrzewała – bardziej inne względy przeważały.
Ale dowodów potwierdzających podejrzenia nie miała i raczej nie miała mieć; zresztą, nie pragnęła ich szukać. Po co wracać do tego, co było? Zwłaszcza że miała całe życie przed sobą i dość jasno wytyczoną ścieżkę, z której – póki co – bynajmniej nie miała zamiaru zbaczać.
Póki co.
- Jeśli będziemy mu wierni, to twoje stanowisko nie powinno być zagrożone – stwierdziła, zerkając do naczynia z trunkiem. Powoli go ubywało, ciało coraz bardziej ogarniało leniwe ciepło, które podszeptywało, że całkiem przyjemnie byłoby wkrótce znaleźć się w miękkim łóżku. Tak, dzień był długi, lecz póki co, jeszcze nie poddawała się temu uczuciu. Nie do końca.
I tak, czy na pewno to, co właśnie powiedziała, było w tym, w co szczerze wierzyła? Może to jedynie kolejna formułka, posłyszana i powtarzana tyle razy, że wydawała się być prawdą? Nie taka nieprawdopodobna opcja, niemniej mogła to być wskazówka odnośnie tego, iż wsparcie dla Czarnego Pana nie było jedynie wypowiadanymi słowami pośród czterech ścian.
- Ach, ojciec... – westchnęła cicho, przymykając na chwilę oczy. Tak, nie spędzała w posiadłości całych dni i całe szczęście, bowiem jego osobowość była bardzo… przytłaczająca. Młodej dziewczynie jakoś łatwiej było postawić się komukolwiek innemu i zawalczyć o swoje zdanie niż wtedy, gdy stawała przed obliczem Fortinbrasa, który samym spojrzeniem zdawał się obnażać wszystkie jej słabości – Jeśli dobrze rozumiem, to wierzy w powrót dawnych czasów. Choć to raczej nic nowego, zawsze chciał wrócić na stanowisko Ministra Magii, ale ostatnio… Wydaje się być tego pewniejszy? Stary porządek w każdym razie sam się nie utrzyma, potrzebny jest ktoś, kto tego dopilnuje – skwitowała, zapewne właśnie parafrazując to, czym były karmione jej uszy podczas rodzinnych posiłków.
Bez fundamentów przecież nawet najstaranniej zaprojektowany budynek nie będzie w stanie utrzymać się w nienaruszonym stanie – bo koniec końców cała konstrukcja popęka i się posypie, pozostawiając po sobie jedynie ruiny pięknych idei. Cóż komu po pięknie, jeśli nie opiera się na porządnych podstawach…?
- Owszem, niedorzeczne – przyznała, wykrzywiając wargi w mało przyjemnym uśmiechu – Słyszą tacy o magii jedynie w baśniach słuchanych na dobranoc czy też czytają w tych swoich książeczkach, a potem nagle sowa przynosi im list i dowiadują się, że mogą nosić różdżkę. Ba, nie tylko nosić, ale również i jej używać na wiele sposobów. Hura, bajka jest prawdziwa, sen się spełnia, nic, tylko brać i czerpać teraz z tego całymi garściami – prychnęła dość pogardliwie. Tak. Zdecydowanie pewne rzeczy powinny zostać niezmienne – nie zaś podważane przez tych, którzy do magicznego świata dostali się tak naprawdę przez przypadek.
Bo przecież przez całe dotychczasowe życie mogli sobie jedynie wyobrażać, że istnieje coś więcej niż zwyczajna, szara rzeczywistość, w której naprawdę nie było miejsca na nadzwyczajne moce. A jeśli ktoś twierdził, że takowe ma – to przeważnie był oszustem. Ewentualnie czarodziejem, któremu padło na głowę, skoro się ujawniał przed mugolami, pod płaszczem pięknych słówek.
- W każdym razie mam nadzieję, że nie uda im się przekonać nikogo, że są równi. Bo nie są. Nie mogą być – pokręciła głową, czując pewien absmak. Również i na własne wybory życiowe – jakkolwiek by nie patrzeć, swą przyszłość wiązała raczej z Mungiem. A czy tego chciała czy nie, przez szpital przewijały się najróżniejsze osoby. Tak jak i wcześniej przez Hogwart – co powodowało, że musiała się maskować. Raz za razem, tym bardziej gdy dostała odznakę Prefekta… i to niekoniecznie dlatego, że faktycznie jej się należała – jak podejrzewała – bardziej inne względy przeważały.
Ale dowodów potwierdzających podejrzenia nie miała i raczej nie miała mieć; zresztą, nie pragnęła ich szukać. Po co wracać do tego, co było? Zwłaszcza że miała całe życie przed sobą i dość jasno wytyczoną ścieżkę, z której – póki co – bynajmniej nie miała zamiaru zbaczać.
Póki co.
- Jeśli będziemy mu wierni, to twoje stanowisko nie powinno być zagrożone – stwierdziła, zerkając do naczynia z trunkiem. Powoli go ubywało, ciało coraz bardziej ogarniało leniwe ciepło, które podszeptywało, że całkiem przyjemnie byłoby wkrótce znaleźć się w miękkim łóżku. Tak, dzień był długi, lecz póki co, jeszcze nie poddawała się temu uczuciu. Nie do końca.
I tak, czy na pewno to, co właśnie powiedziała, było w tym, w co szczerze wierzyła? Może to jedynie kolejna formułka, posłyszana i powtarzana tyle razy, że wydawała się być prawdą? Nie taka nieprawdopodobna opcja, niemniej mogła to być wskazówka odnośnie tego, iż wsparcie dla Czarnego Pana nie było jedynie wypowiadanymi słowami pośród czterech ścian.
- Ach, ojciec... – westchnęła cicho, przymykając na chwilę oczy. Tak, nie spędzała w posiadłości całych dni i całe szczęście, bowiem jego osobowość była bardzo… przytłaczająca. Młodej dziewczynie jakoś łatwiej było postawić się komukolwiek innemu i zawalczyć o swoje zdanie niż wtedy, gdy stawała przed obliczem Fortinbrasa, który samym spojrzeniem zdawał się obnażać wszystkie jej słabości – Jeśli dobrze rozumiem, to wierzy w powrót dawnych czasów. Choć to raczej nic nowego, zawsze chciał wrócić na stanowisko Ministra Magii, ale ostatnio… Wydaje się być tego pewniejszy? Stary porządek w każdym razie sam się nie utrzyma, potrzebny jest ktoś, kto tego dopilnuje – skwitowała, zapewne właśnie parafrazując to, czym były karmione jej uszy podczas rodzinnych posiłków.
600/1891