08.04.2023, 18:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2023, 18:48 przez Mackenzie Greengrass.)
Mackenzie miewała skłonności do mylnego odczytywania cudzych zamiarów i zachowań albo wręcz doszukiwania się w nich złych intencji. Było to częścią składową charakteru, sposobu, w jaki działał jej umysł, wychowania, wyjątkowo nieciekawej sytuacji rodzinnej oraz doświadczeń.
Tyle że tych mechanizmów nie rozumiała nawet sama Greengrass, nie mająca zbytnich skłonności do takich analiz. Ciężko było, aby mógł pojąć to ktokolwiek inny. Gdyby Dellian choć część swoich myśli wygłosił na głos, prawdopodobnie byłaby bezmiernie zdumiona, że w ogóle można podchodzić w ten sposób do ludzi. I raczej wzbudziłoby to w niej tylko jeszcze większe podejrzenia.
Mimo to uśmiechnęła się blado na jego propozycję.
- Może następnym razem. Muszę odebrać szaty od Rosierów. Inaczej bym się tu nie teleportowała – przyznała. Wolałaby podróż proszkiem Fiuu albo nawet jeszcze dłuższą i pozornie mniej komfortową, na miotle.
- Czy ja wiem? Często nokautuję ludzi przy pierwszym spotkaniu. Tylko zwykle siedzimy wtedy na miotłach.
W ustach kogoś innego mógłby to być żart. Może nawet całkiem udany. Ale Mackenzie mówiła absolutnie poważnie. Zresztą, po prawdzie, pewnie już wcześniej mijała Ollivandera na szkolnych korytarzach czy w Pokoju Wspólnym. Tyle że on jej nie zobaczył z przyczyn oczywistych, a ona nie zwróciła na niego uwagi, bo ludzie zwykle zlewali się jej z tłem. Nawet zapamiętanie twarzy bliższych znajomych było zaskakującym wysiłkiem.
Ostatnie zdanie zdołało jednak dokonać czegoś, co zdarzało się rzadko. Mackenzie, uświadomiwszy sobie (rzecz absolutnie oczywistą, ale o której jakoś nie pomyślała dotąd), że Ollivander po prostu nie może nie tylko grać w quidditcha, ale też obserwować rozgrywek, zaczęła mu odrobinę współczuć. Bo jak w ogóle bez tego żyć…?
- To trochę straszne. Móc słuchać co najwyżej komentatorów sportowych – powiedziała, marszcząc brwi. – Muszę lecieć, bo się spóźnię. Miłego dnia, Ollivander, Bell – rzuciła, po czym odbiła się od bruku. Uznała, że chrzanić, nie idzie po te szaty piechotą, a po prostu tam podleci.
Tyle że tych mechanizmów nie rozumiała nawet sama Greengrass, nie mająca zbytnich skłonności do takich analiz. Ciężko było, aby mógł pojąć to ktokolwiek inny. Gdyby Dellian choć część swoich myśli wygłosił na głos, prawdopodobnie byłaby bezmiernie zdumiona, że w ogóle można podchodzić w ten sposób do ludzi. I raczej wzbudziłoby to w niej tylko jeszcze większe podejrzenia.
Mimo to uśmiechnęła się blado na jego propozycję.
- Może następnym razem. Muszę odebrać szaty od Rosierów. Inaczej bym się tu nie teleportowała – przyznała. Wolałaby podróż proszkiem Fiuu albo nawet jeszcze dłuższą i pozornie mniej komfortową, na miotle.
- Czy ja wiem? Często nokautuję ludzi przy pierwszym spotkaniu. Tylko zwykle siedzimy wtedy na miotłach.
W ustach kogoś innego mógłby to być żart. Może nawet całkiem udany. Ale Mackenzie mówiła absolutnie poważnie. Zresztą, po prawdzie, pewnie już wcześniej mijała Ollivandera na szkolnych korytarzach czy w Pokoju Wspólnym. Tyle że on jej nie zobaczył z przyczyn oczywistych, a ona nie zwróciła na niego uwagi, bo ludzie zwykle zlewali się jej z tłem. Nawet zapamiętanie twarzy bliższych znajomych było zaskakującym wysiłkiem.
Ostatnie zdanie zdołało jednak dokonać czegoś, co zdarzało się rzadko. Mackenzie, uświadomiwszy sobie (rzecz absolutnie oczywistą, ale o której jakoś nie pomyślała dotąd), że Ollivander po prostu nie może nie tylko grać w quidditcha, ale też obserwować rozgrywek, zaczęła mu odrobinę współczuć. Bo jak w ogóle bez tego żyć…?
- To trochę straszne. Móc słuchać co najwyżej komentatorów sportowych – powiedziała, marszcząc brwi. – Muszę lecieć, bo się spóźnię. Miłego dnia, Ollivander, Bell – rzuciła, po czym odbiła się od bruku. Uznała, że chrzanić, nie idzie po te szaty piechotą, a po prostu tam podleci.
Koniec sesji