08.04.2023, 20:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2023, 20:47 przez Lyssa Dolohov.)
Musiała przyznać, że początkowo traktowała Trelawneya jak mebel. Rozumiała jego rolę w życiu jej ojca, przynajmniej tę oficjalną. Był jego asystentem, prawą ręką, ułatwiał mu pracę i zdejmował część jej ciężaru. Dla niej jednak był obcym. Kimś, kogo absolutnie się nie spodziewała w swoim życiu i początkowo nie była pewna jak powinna do niego podejść. Z czasem jednak nie tyle przywykła do jego obecności, co zaczęła odnajdywać ją jako nawet uspokajającą.
- Mam nadzieję, że nie masz zbyt dużo pracy dlatego, że wyjechał - rzuciła, wzrok utkwiwszy w jego dłoniach, które składały wcześniej rozłożone karty tarota. - Na przykład? - zapytała, mając na myśli owianego tajemnicą interesanta. Ustawiła przed sobą kubek z herbatą, przez chwilę obracając go palcami i wyrównując do sobie tylko znanych odnośników. Kiedy już była usatysfakcjonowana tym, jak został ustawiony na stole, sięgnęła do talii kart, którą jeszcze przed chwilą Trelawney tak pieczołowicie składał. Przełożyła talię i wybrała z niej jedną kartę.
Przyjrzała się jej, chociaż raczej nie szukała w niej faktycznego jej znaczenia, a zwyczajnie koncentrowała się na samej ilustracji. Miała wrażenie, że cała idea tarota zawsze jej gdzieś umykała. Nie ciągnęło jej do niego, ale pewnie gdyby Dolohov zmusił ją do nauki arkanów wróżbiarstwa, ta bez zająknięcia uległaby mu, chcąc zwyczajnie by był z niej zadowolony. A robienie tego, czego od niej oczekiwał (i co nie psuło jej ogólnej wizji ich relacji) wydawało się najprostszym sposobem.
Położyła szóstkę pucharów przed sobą, pokazując tym samym kartę swojemu towarzyszowi i spoglądając na niego czujnie. Nie oczekiwała od niego natychmiastowej odpowiedzi, jeszcze nie teraz, kiedy sięgnęła po kolejną kartę.
- Między innymi - odpowiedziała mgliście, podnosząc kolejną kartę do oczu. Z jakiegoś dziwnego powodu bardzo chciała najpierw przyjrzeć się temu, co przedstawiały obrazki, zanim wyłożyła karty na stół. Jakby część niej chciała sprawdzić, czy wyciąga z talii właściwe rzeczy. - Wczoraj miałam dość dziwny dzień - położyła kartę obok poprzedniej. Równo, w jednej linii. Przedłużała przez to ruchy, ale ta dokładność pozwalała jej bardziej zebrać się w sobie. - Cały czas miałam wrażenie, jakby ktoś na mnie patrzył. Może dziwnie to zabrzmi, ale kiedy rano wyszłam z domu, niedaleko kamienicy był... ten cień... Kiedy teraz o tym myślę, nawet nie jestem pewna co było w nim niewłaściwego - zmarszczyła brwi, przygryzając policzek od środka. Coś, czego dokładnie nie mogła określić, nie dlatego że brakowało jej słów, ale dlatego że nie mogła tego objąć swoimi zmysłami i pamięcią, było dla niej zwyczajnie nieprawdopodobne. - Jakby ktoś za mną podążał, ale kiedy tylko obejrzałam się za siebie, nikogo tam nie było. - sięgnęła po trzecią kartę, postępując z nią dokładnie tak samo, jak z dwoma poprzednimi. Spojrzenie przez pewien czas oglądało ilustrację, by wreszcie karta opadła na stół, poddana podobnym ustawieniom i wyrównaniom, tak by znajdowała się w jednej linii z pozostałymi, a wszystkie w takich samych odstępach.
- Mam nadzieję, że nie masz zbyt dużo pracy dlatego, że wyjechał - rzuciła, wzrok utkwiwszy w jego dłoniach, które składały wcześniej rozłożone karty tarota. - Na przykład? - zapytała, mając na myśli owianego tajemnicą interesanta. Ustawiła przed sobą kubek z herbatą, przez chwilę obracając go palcami i wyrównując do sobie tylko znanych odnośników. Kiedy już była usatysfakcjonowana tym, jak został ustawiony na stole, sięgnęła do talii kart, którą jeszcze przed chwilą Trelawney tak pieczołowicie składał. Przełożyła talię i wybrała z niej jedną kartę.
Przyjrzała się jej, chociaż raczej nie szukała w niej faktycznego jej znaczenia, a zwyczajnie koncentrowała się na samej ilustracji. Miała wrażenie, że cała idea tarota zawsze jej gdzieś umykała. Nie ciągnęło jej do niego, ale pewnie gdyby Dolohov zmusił ją do nauki arkanów wróżbiarstwa, ta bez zająknięcia uległaby mu, chcąc zwyczajnie by był z niej zadowolony. A robienie tego, czego od niej oczekiwał (i co nie psuło jej ogólnej wizji ich relacji) wydawało się najprostszym sposobem.
Położyła szóstkę pucharów przed sobą, pokazując tym samym kartę swojemu towarzyszowi i spoglądając na niego czujnie. Nie oczekiwała od niego natychmiastowej odpowiedzi, jeszcze nie teraz, kiedy sięgnęła po kolejną kartę.
- Między innymi - odpowiedziała mgliście, podnosząc kolejną kartę do oczu. Z jakiegoś dziwnego powodu bardzo chciała najpierw przyjrzeć się temu, co przedstawiały obrazki, zanim wyłożyła karty na stół. Jakby część niej chciała sprawdzić, czy wyciąga z talii właściwe rzeczy. - Wczoraj miałam dość dziwny dzień - położyła kartę obok poprzedniej. Równo, w jednej linii. Przedłużała przez to ruchy, ale ta dokładność pozwalała jej bardziej zebrać się w sobie. - Cały czas miałam wrażenie, jakby ktoś na mnie patrzył. Może dziwnie to zabrzmi, ale kiedy rano wyszłam z domu, niedaleko kamienicy był... ten cień... Kiedy teraz o tym myślę, nawet nie jestem pewna co było w nim niewłaściwego - zmarszczyła brwi, przygryzając policzek od środka. Coś, czego dokładnie nie mogła określić, nie dlatego że brakowało jej słów, ale dlatego że nie mogła tego objąć swoimi zmysłami i pamięcią, było dla niej zwyczajnie nieprawdopodobne. - Jakby ktoś za mną podążał, ale kiedy tylko obejrzałam się za siebie, nikogo tam nie było. - sięgnęła po trzecią kartę, postępując z nią dokładnie tak samo, jak z dwoma poprzednimi. Spojrzenie przez pewien czas oglądało ilustrację, by wreszcie karta opadła na stół, poddana podobnym ustawieniom i wyrównaniom, tak by znajdowała się w jednej linii z pozostałymi, a wszystkie w takich samych odstępach.
Rzut Tarot 1d78 - 74
Szóstka Pucharów
Szóstka Pucharów
Rzut Tarot 1d78 - 58
Paź Pucharów
Paź Pucharów
Rzut Tarot 1d78 - 57
Paź Mieczy
Paź Mieczy
la douleur exquise
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.