— Ooooch, warchlaczek? Jak cudownie! Ale tak, skoro od małego był chowany to pewnie mógł się zadomowić.
Absolutnie uwielbiałam warchlaki. Miały cudowny kolor i niesamowicie urocze prążki. Od zawsze chciałam jakiegoś przytulić, przygarnąć i chować tak jak poprzednia właścicielka Krzysztofika go chowała. Ale problem taki, że dziki są dzikie, a z mamą dzik się nie zadziera. Pan Mulciber był niezłym szczęściarzem.
Ale zaraz też moja wyobraźnia poszybowała wokół wszystkich innych zwierząt, które Lyssa wspomniała. Lwy, tygrysy... To brzmiało cudownie. Magiczne stworzenia? Hipogryf w kamienicy by się chyba nawet nie zmieścił, a gdyby jednak ktoś chciał go tam trzymać musiał być prawdziwym okrutnikiem.
Po chwili zastanowiłam się też, że skoro ktoś był bogaty, to czemu miałby mieszkać w kamienicy, ale może Lyssie chodziło o właścicieli kamienicy, takich co zamieszkują ją całą, czy coś. No bo mi by się w głowie nie mieściło, żeby być bogatym i mieszkać w mieszkaniu. Ludzie ze wsi myślą inaczej.
— Dziwnie tak trzymać duże zwierzęta w zamknięciu. Mi też dziwnie Krzysztofika w piwnicy zamykać, nie myśl, że nie, ale no co ja zrobię. Kiedyś pewnie nabędę normalnego ptaka pocztowego, ale póki ten jest i spełnia należycie swoje obowiązki to... — Wzruszyłam ramionami. Nie byłam skora to wydawania pieniędzy na zbytki. Oczywiście kiedyś całe moje oszczędności szły na płyty i przypadkowe komiksy, ale zmieniłam się. Nie było warto inwestować w rzeczy materialne, które tak łatwo stracić.
— Lysso, a gdzie mieszkasz tak właściwie?