Choć wygłoszony manifest uderzał przede wszystkim w czarodziejów z rodzin mugolskich, każdy bardziej rozgarnięty człowiek wiedział, że jego skutki będą katastrofalne dla wszystkich, niezależnie od pochodzenia. Przede wszystkim martwiła się o swoich znajomych, którzy z przyczyn niezależnych od nich staną się celem nienawiści. Później, o swoich bliskich, bo to, że Longbottom nie pozostaną bierni i z narażeniem życia będą wpierać potrzebujących, było niemal jasne jak Słońce i nie podlegało żadnym wątpliwościom - dokładnie tak, jak przed laty udzielili schronienia rodzinie Crawley. Gdzieś na szarym końcu martwiła się o siebie, bo kwestią czasu było to, że po mugolakach przyjdzie czas na czarodziejów półkrwi, którzy również nie współgrali z wizją idealnego świata, jaką posiadał Voldemort. A tacy czarodzieje stanowili znaczną większość magicznej społeczności. Avelina, Nora, rodzeństwo Carrow, Alastor... no i ona sama.
Posłała stojącej za ladą Paxton uśmiech. Nie musiała korzystać z daru aurowidzenia by dostrzec, że i ona dręczona jest zmartwieniami, wszystko to wypisane było na jej zmęczonej, bladej twarzy. Dziewczyna na szczęście nie protestowała i niemal natychmiast przystała na propozycję Longbottom. Dobrze, zaoszczędziły sobie wyciągania na siłę z lokalu. Nie no, tyle to nie, Danielle nigdy by czegos tkaiego nie zrobila.
- Too... Dziurawy? Wiem, że to niezbyt oryginalny pomysł, ale słyszałam, że wprowadzili menu sezonowe. A nie ma nic lepszego od jesiennego menu - mrugnęła do Aveliny porozumiewawczo. Chciała dodać, że nic nie poprawia nastroju tak, jak gorąca herbata przyprawiona anyżem, goździkami, odrobiną miodu i cytryną, jednak słowa te nie przeszły jej przez gardło. Czarnych chmur, jakie gromadziły się nad czarodziejskim światem nie dało się przegonić tak prozaicznymi rzeczami.
Odczekała cierpliwie, aż ta założy płaszcz i zamknie za sobą sklep, by bez większych oporów ująć przyjaciółkę pod ramię i ruszyć w konkretną stronę. Takie gesty w przypadku Dani nie były żadną nowością i Avelina powinna być do nich przyzwyczajona.
Obie kobiety zdawały się być przejęte ostatnimi wydarzeniami. Longbottom odpowiadała zdawkowo i nie uśmiechała się jak głupi do sera przez cały czas, natomiast Paxton była cichsza niż zazwyczaj. Kiedy tylko dotarły do wybranego lokalu, szybko okazało się, że nie były jedyne, które manifest poruszył. Zewsząd dochodziły rozmowy, przerażone szepty, podniesione dyskusje. Dani odcięła się od nich, całą swoją uwagę skupiając na przyjaciółce.
Jak się czujesz, Danielle? Dobre pytanie, Ave. Paxton jak zawsze zadawała celne pytania, zmuszające Longbottom.
- Nieźle. Chyba - odpowiedziała jej, po krótkim namyśle. Bywało lepiej, chciała rzec. Nie chciała jednak na dzień dobry częstować przyjaciółkę opowieściami o swoich obawach i zmartwieniach. Na moment drgnęła, a na jej twarzy pojawił się wyraz chwilowej ekscytacji. Zawsze pojawiał się, gdy przypomniała sobie coś, co według niej warte było wspomnienia. - Oh, mówiłam Ci, jaki ciekawy przypadek ostatnio trafił nam się w Mungo? Ktoś wpadł na genialny pomysł, że eliksiry zadziałają znacznie szybciej i sprawniej, gdy zamiast zażyć je pojedynczo, zmiesza je wszystkie razem i w takiej postaci zażyje? Zgaduj jakie eliksiry zmieszał. I jak się do dla niego skończyło. - na jej twarzy pojawiło się krótkie, acz szczere rozbawienie. Była empatyczną uzdrowicielką, jednak w niektórych przypadkach nie sposób było zareagować inaczej, niż śmiechem i popukaniem się w głowę. A to był właśnie jeden z takich przypadków. Dani wiedziała, że Avelina jako twórczyni eliksirów doceni taką ciekawostkę i nie musiała mówić.
- Aż żałuję, że pracuję na oddziale urazowym, a nie na zatruciach. Wszyscy uzdrowiciele o tym mówili - dodała. W międzyczasie zamówiła potrawkę z dyni oraz rozgrzewającą herbatę. Z anyżem, miodem, cytryną. I malinami, rzecz jasna.
- A Ty, Ave? Jak się czujesz? - zagadnęła przyjaciółkę.
beauty and terror
just keep going
no feeling is final