27.10.2022, 22:59 ✶
Takie mydlenie zapewne skończyłoby się jedynie irytacją. Zwłaszcza że było to wręcz nieprawdopodobne - praktycznie obcy sobie ludzie, których dzieliło niemal wszystko, a łączyła jedynie wola ojców - i miałby zapewniać o miłości? Na wszystkich bogów, jacy istnieli, istnieją i będą istnieć, jak miałoby to być możliwe? Zauroczenie na podstawie wyglądu fizycznego - a głównie to w sobie znali - nie miało prawa nosić miana tego mitycznego uczucia.
Uczucia, które nie wierzyła, że zazna. A jeśli już - to że stanie się jedynie źródłem cierpienia. Tak, obiecywał, że nie stanie jej na drodze. Ale wypowiedziane onegdaj słowa to jedno, składane przysięgi to drugie, a rzeczywistość to trzecie. Ta ostatnia zaś potrafiła być brutalna.
Wynagrodzę. Obiecuję. Piękne słowa, ale wciąż, tylko słowa, których może nawet niekoniecznie chciała. Nie była wszak aż tak pozbawioną serca, by nie próbować wykrzesać z siebie choć odrobiny zrozumienia dla swego męża. Jak to szło, mieli się przyjaźnić, tak?
Pokręciła głową, po czym zakołysała lekko kieliszkiem, obserwując, jak czerwień rozlewa się po ściankach naczynia, a następnie z nich spływa. To nie była jego wina, prawda? Że uległ wypadkowi. Że własne ciało go zdradzało, obciążając dodatkowo ją samą, czy tego chciała, czy nie. Ledwo rozwinęła skrzydła, a już je boleśnie podcięto…
- Twoje zdrowie jest najważniejsze. Tak że odpocznij, ile trzeba. Paryż nie ucieknie, wiesz? Zawsze możemy tu wrócić kiedy indziej - zmusiła usta do wygięcia się w bladym uśmiechu. Jakkolwiek by nie patrzeć, istniał dość konkretny plan podróży; owszem, teoretycznie mogliby wydłużyć pobyt w tym mieście, ale jednocześnie musiałby na tym ucierpieć inny etap podróży. Wszak mieli swoje życia w Londynie, a konkretne terminy wzywały do powrotu, czy tego chcieli czy nie.
Zerknęła na niego uważniej, gdy posłyszała swe imię. Szczęśliwa to będę, jak wypiję tę butelkę wina, przemknęła zgryźliwa myśl. Co to za pytanie w ogóle? Nie odpowiedziała od razu, interesując się mocniej zawartością swego kieliszka, dając sobie tym samym czas na przemyślenie słów, jakie miały paść z jej ust.
- Siedzę właśnie na balkonie z widokiem na cały Paryż, z dobrym winem i mężem u boku. Jak myślisz? - Fałsz ukryty za zasłoną błękitnych ślepi. Szczęście, cholera jasna, przynajmniej nie był starym dziadem, który bez pytania brał, co jego, traktując ją niczym rasową klacz rozpłodową. O tak, tu jej się poszczęściło, ale czy w ogólnym rozrachunku można uznać, iż była zadowolona z życia?
Może kiedyś. Oby.
Uczucia, które nie wierzyła, że zazna. A jeśli już - to że stanie się jedynie źródłem cierpienia. Tak, obiecywał, że nie stanie jej na drodze. Ale wypowiedziane onegdaj słowa to jedno, składane przysięgi to drugie, a rzeczywistość to trzecie. Ta ostatnia zaś potrafiła być brutalna.
Wynagrodzę. Obiecuję. Piękne słowa, ale wciąż, tylko słowa, których może nawet niekoniecznie chciała. Nie była wszak aż tak pozbawioną serca, by nie próbować wykrzesać z siebie choć odrobiny zrozumienia dla swego męża. Jak to szło, mieli się przyjaźnić, tak?
Pokręciła głową, po czym zakołysała lekko kieliszkiem, obserwując, jak czerwień rozlewa się po ściankach naczynia, a następnie z nich spływa. To nie była jego wina, prawda? Że uległ wypadkowi. Że własne ciało go zdradzało, obciążając dodatkowo ją samą, czy tego chciała, czy nie. Ledwo rozwinęła skrzydła, a już je boleśnie podcięto…
- Twoje zdrowie jest najważniejsze. Tak że odpocznij, ile trzeba. Paryż nie ucieknie, wiesz? Zawsze możemy tu wrócić kiedy indziej - zmusiła usta do wygięcia się w bladym uśmiechu. Jakkolwiek by nie patrzeć, istniał dość konkretny plan podróży; owszem, teoretycznie mogliby wydłużyć pobyt w tym mieście, ale jednocześnie musiałby na tym ucierpieć inny etap podróży. Wszak mieli swoje życia w Londynie, a konkretne terminy wzywały do powrotu, czy tego chcieli czy nie.
Zerknęła na niego uważniej, gdy posłyszała swe imię. Szczęśliwa to będę, jak wypiję tę butelkę wina, przemknęła zgryźliwa myśl. Co to za pytanie w ogóle? Nie odpowiedziała od razu, interesując się mocniej zawartością swego kieliszka, dając sobie tym samym czas na przemyślenie słów, jakie miały paść z jej ust.
- Siedzę właśnie na balkonie z widokiem na cały Paryż, z dobrym winem i mężem u boku. Jak myślisz? - Fałsz ukryty za zasłoną błękitnych ślepi. Szczęście, cholera jasna, przynajmniej nie był starym dziadem, który bez pytania brał, co jego, traktując ją niczym rasową klacz rozpłodową. O tak, tu jej się poszczęściło, ale czy w ogólnym rozrachunku można uznać, iż była zadowolona z życia?
Może kiedyś. Oby.