Przeświadczenie Brenny dotyczące tego, że nie była jedyną osobą w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów, którą spotykały niespodziewane starcia z czarnoksiężnikami i innymi dziwnymi zjawiskami byłoby zdaniem Sebastiana mocno przesadzone. W swoich wyobrażeniach zaszufladkował ją bowiem jako czarownicę od „spraw beznadziejnych” lub „przypadków, którym nikt inny nie podoła” tudzież „śledztw dosłownie wpadających jej w ręce”. Musiała być niczym magnes na najbardziej cudackie historie, o jakich plotkowano na korytarzach Ministerstwa Magii. A przynajmniej tak się wydawało Macmillanowi. Ciężko było nie kojarzyć Brenny z takimi rzeczami.
— A bo ja wiem? Zależy od rzemieślnika? — Podrapał się po policzku, zerkając na Patricka pytająco. — Jak znajdziecie eksperta wyspecjalizowanego w zaklinaniu kryształu, to pewnie powie wam więcej od takiego, co rzeźbi w drewnie i sprawia, że taborety tańczą fokstrota w każdą niedzielę. — Wyprostował się na krześle, gdy auror zaczął dokładniej opowiadać o szczegółach zajścia. Przez jego twarz przemknął kwaśny grymas. — Nie uważacie, że czarnoksiężnicy mnożą się teraz jak króliki?
Jak inaczej można było to określić? Postać Gellerta Grindelwalda i jego poczynań dalej była dość świeża, na scenę nie tak dawno żwawym krokiem wkroczył Czarny Pan ze swoimi poplecznikami, a teraz mieli kolejnego pretendenta. Chociaż ten raczej działał na skalę iście lokalną. Czy ta sprawa, o której mówił Patrick z Brenną, mogła być powiązana z poczynaniami Lorda Voldemorta? Rywal, a może bliski zwolennik? A może po prostu pijany władzą wariat, który chciał sięgnąć po potęgę, która do tej pory była poza jego zasięgiem? Sebastian się skrzywił. Nie zazdrościł aurorom i brygadzistom. Te czasy nie należały do najspokojniejszych.
— Dobrze to słyszeć — skomentował, będąc pod wrażaniem gotowości panny Longbottom do działania. — Tak, jak mówiłem, sam na pewno tego nie zrobię. Zbyt wysokie prawdopodobieństwo, że wszystko trafi szlag. Jeśli znajdziemy dobrego asystenta, to możemy zająć się tym przed Samhain. — Zamrugał, gdy zrozumiał, że Brennie przeszło przez myśl, że mógłby być gotowy do takiego przedsięwzięcia tego samego dnia. Przecież to by było zupełnie lekkomyślne. Aż się wzdrygnął na samą myśl. — Do tego czasu będziecie mieli czas na znalezienie kogoś, kto przeprowadzi ekspertyzę.
Kiedy Patrick wywołał go do tablicy w związku z tym, czy zna kogoś godnego polecenia, spiął się nieco. Uciekł wzrokiem w bok, po chwili jednak jego zielone oczęta ponownie zawędrowały ku twarzom jego gości. Wodził spojrzeniem od Brenny do Patricka, ważąc w głowie wszystkie za i przeciw. Jamil mógł mieć teraz wiele na głowie, a nie chciałby odrywać go od własnych obowiązków służbowych. Poza tym, jeśli dalej trzymał się blisko Cathala, to mógłby go oderwać od naprawdę ciekawych wypraw. Czy byłoby to sprawiedliwe? Oni zasługują na to, żeby im w miarę szybko pomóc, zreflektował się, wzdychając do kryształowej czaszki.
— Mam kuzyna, który zajmuje się takimi sprawami — przyznał po dłuższej chwili namysłu. — Jamil Anwar. Od strony mojej matki, od Trelawneyów. — Uśmiechnął się słabo, sięgając po słonecznik. — Ma spore doświadczenie w przywoływaniu, na koncie kilka współprac z ekspertami z różnych dziedzin, widział pewnie parę... niespotykanych przypadków. Powierzyłbym mu tę sprawę.
Na jego czole pojawiła się zmarszczka między brwiami. Czy to już był nepotyzm, czy jeszcze nie? Chęć dania szansy członkowi rodziny na wykazanie się i dodatkowy zarobek, czy autentyczna chęć pomocy przedstawicielom służb bezpieczeństwa? Cóż, Brenna twierdziła, że bardzo chętnie wykopałaby mu asystenta spod ziemi, więc zależało im na prędkim załatwieniu tej sprawy. A zbyt wielu innych ekspertów w tej dziedzinie nie znał. Wykluczył osoby powiązane z kowenem. Tutaj jednak jego myśli momentalnie powędrowały ku młodej Sarze. Nie odważyłby się wprowadzić jej w taką sytuację. Przywoływanie przyjaznych duchów podczas sabatów to było jedno, ale kto wie, jak zareagowałaby na dusze uwięzione w czaszce?
— Chcecie jego dane kontaktowe, żeby się z nim zapoznać, zanim nawiążemy współpracę? — rzucił dla pewności. Skoro do niego się kolokwialnie mówiąc „wepchali” i zachowywali się, jakby działali w wielkiej tajemnicy, o której nikt nie powinien wiedzieć, to zapewne woleliby się dowiedzieć o Jamilu czegoś więcej. Może i nawet od niego samego.