Tak, to że musieliby mieć psa, nie podlegało żadnym wątpliwościom. Była skłonna pójść na kompromis i wybrać rasę, która w dalszym ciągu jest urocza i cieszy oko, ale nie ma potrzeby wpadać w każdą kałużę pełną brudnej deszczówki, by później cały ten brud i kurz znosić do domu. Weźmy za przykład takiego Cavaliera. Był rozkoszny? Był. Miał miękkie futro, do którego można było się przytulić? Miał. Ponadto, był psem łagodnym, raczej cichym i od szalonych spacerów pełnych atrakcji, wolał wygodnie ułożyć się na kanapie. Bo, oczywiście, pies miałby pełną zgodę, by sypiać wszędzie, gdzie tylko by mu się wymarzyło. Włączając to kanapę, fotel oraz łóżko.
Na dobrą sprawę, rasa psa nie była jedynym kompromisem, na który byłaby skłonna pójść. Mogłaby nawet zgodzić się na ograniczenie ilości kurzołapów, które w jej oczach wprowadzały do domu przytulność, a według Ulyssesa uniemożliwiały utrzymanie perfekcyjnej, lśniącej czystości. I nawet na swoim biurku starałaby utrzymywać się porządek, żeby Ulek za każdym razem gdyby obok niego przechodził, nie dostawał palpitacji serca. Oczywiście, nie zawsze by jej to wychodziło. Mógłby się na nią irytować. Albo ona na niego. A i tak na koniec dnia godziliby się, bo nie można było zakończyć dnia kłótnią.
Kardamon, szafran, goździki - odnotowała w głowie. Było to ciekawe, raczej niecodzienne połączenie. Jako osoba, która bez kawy nie wyobrażała sobie życia, to, z czym piją ją inni ludzie uznawała za fakt dosyć istotny i przywiązywała do niego dużą uwagę. Być może kiedyś umówią się w kawiarni i to ona będzie na niego czekać, z zamówionymi wcześniej filiżankami pełnymi kawy? Cuda się zdarzały. Cuda, w sensie że to ona pierwsza zjawi się na miejscu. Rookwood w tej kwestii nie miał sobie równych.
Zmarszczyła lekko brwi, słysząc pytanie. Nie wiedział? Dlaczego nie wiedział czegoś tak oczywistego jak to, że Longbottom gotowa była mu pomóc?
- Oczywiście, że tak - odpowiedziała. - Ulli, przecież zawsze Ci pomogę, jeżeli tylko będę w stanie to zrobić. A jeżeli nie, to... znajdziemy sposób, żebym była. Wiesz, gdzie mnie szukać. A jeżeli nie, to twoja sowa na pewno wskaże Ci odpowiednią drogę - dodała. Teraz rozmawiali o specyfiku ułatwiającym zasypianie, jednak deklaracja była wiążąca i nie obowiązywała jedynie w tej jednej kwestii. To na pewno musiał wiedzieć. - Zajmę się tym na najbliższym dyżurze. Chyba, że chcesz, żebym podskoczyła do Mungo jeszcze dziś. Albo jutro - nie byłby to dla niej problem.
Ani na moment nie uznała, że to idiotyczne - a zrobiła to, na co nie zdecydował się Ulysses. Obie ręce miała zajęte i ani jej się śniło, żeby przejmować się, czy wygląda głupio czy nie. Lody, zwłaszcza że otrzymała dokładnie takie jakie lubiła najbardziej, i tak znikną za kilka minut.
Tym razem to i ona zawiesiła się na moment. Słysząc odpowiedź Ulyssesa, niemal natychmiast zaczęła zastanawiać się i przypominać sobie wszystko co dotychczas powiedziała i co mogłoby sprawić, że w połączeniu z jej niewinnie, dosyć bezmyślnie rzuconymi słowami o rozpieszczaniu, on doszedł do takich, a nie innych wniosków. Może to, gdy wspomniała, że powinni spotkać się w nocy, kiedy na niebie są widoczne gwiazdy, które mógłby obserwować? Merlinie. Nie miała przecież nic złego na myśli. Przywykła już do tego, że tok rozumowania Rookwooda wychodził poza schemat. Zdecydowanie trzeba było mu przyznać, że wciąż potrafił ją zaskoczyć. Ale nie był jedyną osobą w ich duecie, która potrafiła zaskoczyć tą drugą.
Pokręciła szybko głową, zaprzeczając jego słowom.
- Nie. To oznacza, że i ja powinnam rozpieszczać Ciebie. Tak, żeby poziom bycia nieznośnym był równy, albo chociaż zbliżony - odpowiedziała gładko. Nawet powieka jej nie drgnęła. Drgnęły za to wargi które uniosły się do pogodnego uśmiechu, gdy podsunęła bliżej niego trzymany w dłoni rożek z malinowym sorbetem. Tak, by by mógł spróbować. - Zacznę już teraz. Mówiłam, że malina jest najlepsza
beauty and terror
just keep going
no feeling is final