Tak szybko jak się zaczęło – równie szybko skończyło. Victoria przestała widzieć rudowłosą kobietę, przestała też widzieć zbliżających się do niej Śmierciożerców. Nagle jej wzrok z powrotem dostrzegał ogniska, wypaloną ziemię, a nie strumień i drzewa. Inny świat, inne miejsce, które jeszcze przed chwilą oglądała, niczym przez okno, zniknęło. Czarne płomienie jednak nadal tutaj były. Poczuła też, że czyjeś ręce ją obejmują. Ledwo zdążyła unieść swoje dłonie do skroni, przestała też stawiać opór, co Patrick mógł poczuć, i wtedy usłyszała męski okrzyk, na co poderwała głowę w tamtym kierunku.
Wytrzeszczyła oczy na Śmierciożerców, którzy zaczęli uciekać. Gdyby miała więcej czasu, to zastanowiłaby się nad tym głębiej, jak również pewnie porozmawiałaby ze swoimi towarzyszami o tym, co się właściwie działo – ale nie było czasu, bo działać trzeba było szybko; tamta dwójka się oddalała.
A Victoria bardzo nie chciała, by uciekli. Dlatego bez słów do Patricka czy Mavelle (zauważyła tylko, że są obok i że Patrick ją trzymał), wyciągnęła różdżkę przed siebie w kierunku dwójki Śmierciożerców, chcąc wyczarować niewidzialne więzy mające za zadanie opleść ich oboje całych na raz – tak, by nie mogli się ruszać, ani rękoma, ani nogami i by po prostu by wywalili się na ziemię na te swoje głupie maski w tym biegu.
Kształtowanie na niewidzialne więzy na obu Śmierciożerców (dwie próby):
Sukces!
Sukces!