16.04.2023, 01:02 ✶
Daisy poczuła ostry ból głowy, gdy duch małej dziewczynki zapalił zapałkę. Nie miała pojęcia czemu, ale skupiła uwagę na płomieniu (tak, jakby ten zadziałał na nią hipnotyzująco). Wszystko przestało mieć znaczenie. Nawet wielka choinka ozdobiona mnóstwem bombek, którą mogli sobie wymyślić w domu obok gigantycznego lodowiska, jeśli tylko jej brat miał taką ochotę – a to przecież były doskonałe plany. Wprost idealne.
Nagle nie była w ciemnej alejce, gdzieś niedaleko Pokątnej w magicznym Londynie. Nagle znajdowała się na łące. Stała z kubkiem gorącej herbaty w ręce, okutana szalikiem, w zimowej kurtce. Obok niej pojawił się Darcy, wyglądający równie niepasująco do tego miejsca co ona. Było ciepłe lato. Na niebie nawet jednej chmurki. Nie padał śnieg, ale świeciło gorące słońce. Idealny dzień na naukę latania.
- Zaraz, co? Na Merlina, Darcy, pamiętasz? – zapytała oszołomiona, ale nawet nie patrzyła na brata.
Patrzyła na samą siebie, maksymalnie sześcioletnią Daisy Lockhart, która latała na dziecięcej miotełce. Tuż obok niej unosił się całkiem uroczy sześcioletni Darcy Lockhart. A odwrócony do nich plecami, skupiony na swoich dzieciach, stał ich ojciec.
- Dobrze Darcy, doskonale, nie pozwól, żeby miotła przejęła nad tobą kontrolę – instruował syna.
Sześcioletnia Daisy w tym samym czasie poderwała miotełkę do góry. Wzniosła się wyżej i roześmiała głośno, wyraźnie zachwycona, że latanie szło jej aż tak dobrze. Dorosła, dwudziestoletnia wersja przełknęła nerwowo ślinę.
- Kochanie, tylko uważaj! – ostrzegł ją ojciec. – Poczekaj na Darcy’ego!
- Ale ja nie chcę na niego czekać! – zawołała zachwycona z siebie sześciolatka. – Jestem gwiazdą Quidditcha! Jestem najlepsza! Jestem doskonała! Łiii! – wykrzykując ostatnie słowa uniosła trzonek wyżej.
Najpierw wcale nie było tragedii. Miotła pozostawała posłuszna sześcioletniej Daisy. Przez kilka chwil naprawdę była gwiazdą Quidditcha, najlepsza i doskonała. Gdy te minęły, kompletnie straciła panowanie nad miotłą. Ta wystrzeliła do góry niemal w pionie, do niedawna piszcząca z radości Daisy zaczęła piszczeć, ale ze strachu. Dziecięca miotełka latała po niebie jak narowisty kucyk i to taki, który próbował zrzucić swojego jeźdźca z siodła.
Dwudziestoletnia Daisy pozieleniała ze strachu.
- Czemu on mnie nie upilnował?! – zapytała ze złością.
Tak jakby nawet jako dorosła kobieta, wciąż nie widziała swojej winy w tym, co się właśnie rozgrywało na ich oczach. Ojciec rzucił się, żeby ją ratować. Biegał po łące, próbując czarami ściągnąć na ziemię, ale bezowocnie. Wiązki magii śmigały wokół szamoczącej się na miotle i wrzeszczącej histerycznie Daisy. Już nie była gwiazdą Quidditcha. Nie była najlepsza i doskonała. Była tylko przerażonym dzieciakiem, święcie przekonanym, że za chwilę straci swoje życie.
Dwudziestoletnia Daisy sama wyciągnęła różdżkę i próbowała sobie pomóc, ale bezskutecznie. Tak. Udało jej się nawet trafić w samą siebie, ale magia nie zadziałała. Nie mogła uratować samej siebie. Mogła tylko stać i patrzeć, jak jej sześcioletnią wersję opuściło szczęście i grzmotnęła o ziemię z wysokości dobrych siedmiu metrów.
- Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! – krzyczała sześciolatka, szlochając w niebogłosy. Trudno było określić, czy nienawidziła miotły, czy nadbiegającego ojca lub drepczącego za nim Darcy’ego.
Zapałka zgasła.
Znowu znajdowali się w ciemnym zaułku. Daisy otworzyła usta, żeby głośno zaprotestować.
- To nie było tak... – zaczęła się usprawiedliwiać.
Duch małej dziewczynki w tym czasie odpalił drugą zapałkę a wzrok panny Lockhart jak zahipnotyzowany powędrował w kierunku płomienia.
Nagle nie była w ciemnej alejce, gdzieś niedaleko Pokątnej w magicznym Londynie. Nagle znajdowała się na łące. Stała z kubkiem gorącej herbaty w ręce, okutana szalikiem, w zimowej kurtce. Obok niej pojawił się Darcy, wyglądający równie niepasująco do tego miejsca co ona. Było ciepłe lato. Na niebie nawet jednej chmurki. Nie padał śnieg, ale świeciło gorące słońce. Idealny dzień na naukę latania.
- Zaraz, co? Na Merlina, Darcy, pamiętasz? – zapytała oszołomiona, ale nawet nie patrzyła na brata.
Patrzyła na samą siebie, maksymalnie sześcioletnią Daisy Lockhart, która latała na dziecięcej miotełce. Tuż obok niej unosił się całkiem uroczy sześcioletni Darcy Lockhart. A odwrócony do nich plecami, skupiony na swoich dzieciach, stał ich ojciec.
- Dobrze Darcy, doskonale, nie pozwól, żeby miotła przejęła nad tobą kontrolę – instruował syna.
Sześcioletnia Daisy w tym samym czasie poderwała miotełkę do góry. Wzniosła się wyżej i roześmiała głośno, wyraźnie zachwycona, że latanie szło jej aż tak dobrze. Dorosła, dwudziestoletnia wersja przełknęła nerwowo ślinę.
- Kochanie, tylko uważaj! – ostrzegł ją ojciec. – Poczekaj na Darcy’ego!
- Ale ja nie chcę na niego czekać! – zawołała zachwycona z siebie sześciolatka. – Jestem gwiazdą Quidditcha! Jestem najlepsza! Jestem doskonała! Łiii! – wykrzykując ostatnie słowa uniosła trzonek wyżej.
Najpierw wcale nie było tragedii. Miotła pozostawała posłuszna sześcioletniej Daisy. Przez kilka chwil naprawdę była gwiazdą Quidditcha, najlepsza i doskonała. Gdy te minęły, kompletnie straciła panowanie nad miotłą. Ta wystrzeliła do góry niemal w pionie, do niedawna piszcząca z radości Daisy zaczęła piszczeć, ale ze strachu. Dziecięca miotełka latała po niebie jak narowisty kucyk i to taki, który próbował zrzucić swojego jeźdźca z siodła.
Dwudziestoletnia Daisy pozieleniała ze strachu.
- Czemu on mnie nie upilnował?! – zapytała ze złością.
Tak jakby nawet jako dorosła kobieta, wciąż nie widziała swojej winy w tym, co się właśnie rozgrywało na ich oczach. Ojciec rzucił się, żeby ją ratować. Biegał po łące, próbując czarami ściągnąć na ziemię, ale bezowocnie. Wiązki magii śmigały wokół szamoczącej się na miotle i wrzeszczącej histerycznie Daisy. Już nie była gwiazdą Quidditcha. Nie była najlepsza i doskonała. Była tylko przerażonym dzieciakiem, święcie przekonanym, że za chwilę straci swoje życie.
Dwudziestoletnia Daisy sama wyciągnęła różdżkę i próbowała sobie pomóc, ale bezskutecznie. Tak. Udało jej się nawet trafić w samą siebie, ale magia nie zadziałała. Nie mogła uratować samej siebie. Mogła tylko stać i patrzeć, jak jej sześcioletnią wersję opuściło szczęście i grzmotnęła o ziemię z wysokości dobrych siedmiu metrów.
- Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! Nienawidzę cię! – krzyczała sześciolatka, szlochając w niebogłosy. Trudno było określić, czy nienawidziła miotły, czy nadbiegającego ojca lub drepczącego za nim Darcy’ego.
Zapałka zgasła.
Znowu znajdowali się w ciemnym zaułku. Daisy otworzyła usta, żeby głośno zaprotestować.
- To nie było tak... – zaczęła się usprawiedliwiać.
Duch małej dziewczynki w tym czasie odpalił drugą zapałkę a wzrok panny Lockhart jak zahipnotyzowany powędrował w kierunku płomienia.