Dla Hjalmara nie było ważne czy to świątek, piątek czy niedziela. Noc czy dzień. Mróz czy upał. Zawsze była idealna pora, aby wyruszyć do lasu. Nie potrzebował żadnego szczególnego celu - sama obecność wśród Islandzkiej fauny i flory uspokajała go. Dodając do tego rześkie, zimowe powietrze, nie było lepszej okazji do poddania testom swojej tężyzny fizycznej jak ten dzień.
Zerwał się wcześniej z rodzinnego warsztatu, przywdział wilczą skórę na lnianą wiązaną koszulę, wziął siekierę w dłoń i czym prędzej ruszył w stronę kniei. Kilkanaście sprawnych kroków później zniknął za pierwszymi choinkami. Odetchnął z ulgą. Przygodę czas zacząć…
Kochał swoją rodzinę. Kochał też swój zawód - fach, do którego był przyuczany przez całe życie. Uwielbiał spędzać czas ze swoimi bliskimi w każdej formie - w kuźni, na polowaniu czy na biesiadach. To nie miało znaczenia. Kiedy był potrzebny, zawsze był. W każdym momencie, inni Nordgersimowie mogli na niego liczyć.
Zawsze jednak czuł nieodparty zew lasu, który go nawoływał. Gdy tylko przekraczał próg domostwa czy pracowni, słyszał głosy, nakłaniające go do wyruszenia w dzicz. Najczęściej poddawał się im i czym prędzej znikał w borze. Tak też było tym razem.
Pierwsze kilka kilometrów spędził na przedzieraniu się przez gęsto porośnięty las w poszukiwaniu ofiary - zwierzyny, którą mógłby przytaszczyć do domu, a następnie spożyć przy akompaniamencie kominkowego ciepła i gorzałki. Ciął siekierą raz za razem, ucinając kolejne gałęzie, które za wszelką cenę starały się zatrzymać jego pochód na przód.
W końcu złapał trop. Po śladach rozpoznał, że natrafił na wilka. Podążył za nimi, uważnie rozglądając się wokół siebie aby przypadkiem z drapieżnika nie zostać ofiarą. Nie miał pojęcia ile ich może być - jeden, dwa czy całe stado. Jeżeli był przekonany o tym, że byłby w stanie pokonać ich kilka, tak z watahą byłoby dużo ciężej.
Czy Hjalmar się obawiał? Nie. Za dużo przeżył w swoim życiu, aby się obawiać dzikiej zwierzyny w lesie. Lata nauki władania toporami czy szeroko pojętej sztuki walki, tylko budowały w nim pewność siebie. Dzięki takiemu zabiegowi nigdy nie obawiał się, że nie powróci żyw ze swoich wypraw.
Po dobrych kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu minutach tropienia, jakiekolwiek ślady po zwierzynie zniknęły. Jakby co najmniej rozmyła się wraz z padającym śniegiem. Niezadowolony z takiego obrotu spraw Björn, postanowił wdrapać się na najbliższe drzewo z dwóch powodów. Po pierwsze - chciał z czubka dojrzeć w którym z kierunków mógłby pójść ten wilk. Może dałby radę dostrzec więcej szczegółów z wysokości, niż jest w stanie z ziemi. Po drugie - miał zamiar dowiedzieć się, gdzie on tak naprawdę się teraz znajduje. Ślepo podążył za swoją ofiarą, nie zostawiając żadnych znaków dla samego siebie. Tym samym nie posiadał teraz jednej, spójnej drogi, która doprowadziłaby go z powrotem do drzwi ciepłego domostwa.
Bez większych problemów znalazł się na sam szczycie drzewa, z którego zaczął się rozglądać. Niestety nie uważał zbytnio, pozwalając sobie na zbyt daleki wychył, który musiał skończyć się jednym - upadkiem Hjalmara z wysokości. Zahaczył o kilka gałęzi zanim spadł w grubą warstwę puchowego śniegu. Na całe szczęście, zarówno gałęzie jak i upadek, nie spowodowały żadnego uszczerbku na jego zdrowiu, poza kilkoma, mniejszymi draśnięciami, które zagoją się w swoim czasie.
- Djöfull! - wykrzyknął, a następnie wstał z hałdy w której wylądował. Otrzepał się i podniósł swój oręż. Przez ułamek sekundy wydawało mu się jakby ktoś go wołał. Jakby usłyszał część swojego imienia. Nie był jednak pewien kogo niesie o tej porze. Nie potrafił skojarzyć głosu z twarzą. Czy to Nökkvi? Albo Össur, brat Sveinna?
Ruszył w kierunku z którego usłyszał dźwięk. Był ciekaw, który z nich jest taki śmieszny i czy nadal będzie mu tak zabawnie jak nałoży mu po mordzie. Zdziwił się jednak niesamowicie, kiedy odgarnął gałęzie kilku z choinek, a jego oczom ukazała się jakaś kobieta, która za wszelką cenę próbowała walczyć ze śniegiem. Ten jednak nie dawał jej chyba za wygraną.
Przyglądał się zaistniałej sytuacji przez chwilę. Parsknął nawet cicho śmiechem jak to zobaczył, aż się odezwał - Þú ert ekki Nakkvi eða Össur - stwierdził zgodnie z prawdą. Poprawił sobie włosy, które zaczęły mu nachodzić na oczy. Kitę przerzucił na tył głowy, a następnie wyciągnął w jej kierunku dłoń - Hver ertu? - zapytał przyjaznym głosem kiedy pomógł jej wstać - Ertu að leita að úlfum? - spojrzał na nią. W tym momencie zdał sobie sprawę, że nie wyglądała na żadnego wojownika czy nawet łowczego, a raczej na zagubioną turystkę czy kij jeden wie kogo. Nie miał zamiaru jej jednak zostawiać. Dziewczyna ewidentnie potrzebowała pomocy, aby przeżyć do następnego poranka.