16.04.2023, 11:51 ✶
Mieszkanie Cathala było skromne, zwłaszcza wobec rezydencji Shafiqów, od której mieściło się zaledwie o rzut kamieniem. Mógłby tam mieszkać – ale czuł chyba trochę, że to nie miejsce dla niego. Z kolei o położeniu swojego domu (również niezbyt wielkiego, Cathal był zamożny, ale nie straszliwie bogaty) nie informował ludzi na prawo i lewo.
Salon w jego mieszkaniu pełnił więc zarówno funkcję tegoż, jak i gabinetu. Był pomieszczeniem dość dużym, wzdłuż ścian którego ciągnęły się regały, częściowo zastawione książkami (znakomita ich ilość traktowała o historii, archeologii oraz o runach), a częściowo pamiątkami w podróży. Z mebli znajdowały się tutaj kanapa, stół, fotel oraz biurko.
On sam faktycznie nie był ani stary, ani wąsaty. Chociaż nie był i gołowąsem – trzydziestkę przekroczył już jakiś czas temu, przy jasnych oczach znaczyły się już pierwsze zmarszczki. Włosy miał jasne, spalone przez słońce, ewidentnie niezbyt umiejętnie przystrzyżone. Trochę rozczochrane, jakby niedawno je szarpał albo przeczesywał palcami. Nie nosił też szaty, a mugolskie ubranie: przywykł do tego podczas wykopalisk, i miał w tej chwili na sobie zwykłą koszulę oraz dżinsy, wypłowiałe od zbyt wielu prań i lat noszenia.
- Panna Prewett – przywitał się, podnosząc się i mierząc ją uważnym spojrzeniem. Była w Hogwarcie zaledwie dwa lata niżej, mignęła mu też później raz czy dwa przy jakiejś okazji, więc oczywiście została zapamiętana, jak każdy, z kim Shafiq kiedykolwiek się zetknął. Sposób, w jaki na nią patrzył i moment milczenia, mogły wydawać się nieco niegrzeczne, choć w rzeczywistości Cathal wcale nie oceniał jej wyglądu: raczej odruchowo porównywał obraz kobiety przed sobą z obrazem dziewczyny ze swojej pamięci.
- Doprawdy? – spytał w końcu, a kąciki jego ust drgnęły lekko, kiedy zapowiedziała, że jest dokładnie tym, czego szuka. – Zwykle rzeczy, których szukam, mają przynajmniej dwieście lat. Na aż tyle nie wyglądasz – skwitował i machnął ręką w stronę fotela, sam przechodząc ku kanapie. Nie był może przykładnym angielskim dżentelmenem, ale też nie aż takim chamem, aby trzymać ją na stojąco. (I pokazem braku dżentelmeństwa było natychmiastowe przejście na ty: skoro chciała u niego pracować, nie miał zamiaru jej paniować.)
- Co do pieniędzy, zawsze sądziłem, że zatrudnienie powinno polegać na tym, że to ja, a raczej organizatorzy, płacą pracownikom, nie odwrotnie – dodał, chyba rozbawiony, opadając na kanapę w dość swobodnej pozycji i zabierając się do przeglądania przyniesionych przez nią referencji. Przerzucał kolejne strony, zwracając uwagę na opis umiejętności Pandory oraz to, czym do tej pory się zajmowała. – Zdaje się, że niespokojna z ciebie dusza, Pandoro? – zapytał, zapoznając się z dotychczasowymi miejscami pracy. Nie to, że miał coś przeciwko. I on, i Alethea, i Nell, i nawet Jamil, byli swego rodzaju niespokojnymi duszami.
Salon w jego mieszkaniu pełnił więc zarówno funkcję tegoż, jak i gabinetu. Był pomieszczeniem dość dużym, wzdłuż ścian którego ciągnęły się regały, częściowo zastawione książkami (znakomita ich ilość traktowała o historii, archeologii oraz o runach), a częściowo pamiątkami w podróży. Z mebli znajdowały się tutaj kanapa, stół, fotel oraz biurko.
On sam faktycznie nie był ani stary, ani wąsaty. Chociaż nie był i gołowąsem – trzydziestkę przekroczył już jakiś czas temu, przy jasnych oczach znaczyły się już pierwsze zmarszczki. Włosy miał jasne, spalone przez słońce, ewidentnie niezbyt umiejętnie przystrzyżone. Trochę rozczochrane, jakby niedawno je szarpał albo przeczesywał palcami. Nie nosił też szaty, a mugolskie ubranie: przywykł do tego podczas wykopalisk, i miał w tej chwili na sobie zwykłą koszulę oraz dżinsy, wypłowiałe od zbyt wielu prań i lat noszenia.
- Panna Prewett – przywitał się, podnosząc się i mierząc ją uważnym spojrzeniem. Była w Hogwarcie zaledwie dwa lata niżej, mignęła mu też później raz czy dwa przy jakiejś okazji, więc oczywiście została zapamiętana, jak każdy, z kim Shafiq kiedykolwiek się zetknął. Sposób, w jaki na nią patrzył i moment milczenia, mogły wydawać się nieco niegrzeczne, choć w rzeczywistości Cathal wcale nie oceniał jej wyglądu: raczej odruchowo porównywał obraz kobiety przed sobą z obrazem dziewczyny ze swojej pamięci.
- Doprawdy? – spytał w końcu, a kąciki jego ust drgnęły lekko, kiedy zapowiedziała, że jest dokładnie tym, czego szuka. – Zwykle rzeczy, których szukam, mają przynajmniej dwieście lat. Na aż tyle nie wyglądasz – skwitował i machnął ręką w stronę fotela, sam przechodząc ku kanapie. Nie był może przykładnym angielskim dżentelmenem, ale też nie aż takim chamem, aby trzymać ją na stojąco. (I pokazem braku dżentelmeństwa było natychmiastowe przejście na ty: skoro chciała u niego pracować, nie miał zamiaru jej paniować.)
- Co do pieniędzy, zawsze sądziłem, że zatrudnienie powinno polegać na tym, że to ja, a raczej organizatorzy, płacą pracownikom, nie odwrotnie – dodał, chyba rozbawiony, opadając na kanapę w dość swobodnej pozycji i zabierając się do przeglądania przyniesionych przez nią referencji. Przerzucał kolejne strony, zwracając uwagę na opis umiejętności Pandory oraz to, czym do tej pory się zajmowała. – Zdaje się, że niespokojna z ciebie dusza, Pandoro? – zapytał, zapoznając się z dotychczasowymi miejscami pracy. Nie to, że miał coś przeciwko. I on, i Alethea, i Nell, i nawet Jamil, byli swego rodzaju niespokojnymi duszami.