Działo się tak wiele i jednocześnie tak mało. Victoria odruchowo chowała kark, niczym żółw w skorupę, by uchronić się przed wielkim żywiołakiem, ale to przecież nie mogło nic dać. Śmierciożercy uciekali – i teraz już nie mogli, skutecznie zatrzymani przez nią, zmuszeni do konfrontacji… tak z nimi jak i z żywiołakiem, któremu było chyba wszystko jedno kogo bił.
Koronnym pytaniem było: skąd się tu wziął? Gdyby kontrolował go ktoś im przychylny, to nie ciskałby skałami też w nich. Więc…?
I znowu oczami wyobraźni zobaczyła tę kobietę, bezbronną, potrzebującą pomocy… Cienisty Maledis boleśnie przypominał o tym, co działo się tak przed nimi jak i…
Gdzie?
– Patrick! – jej głos brzmiał ostro, bo i cała była zdenerwowana. Kawałki układanki powoli składały się w całość. – Czarny ogień to przejście, portal. Tam jest Voldemort! I ta kobieta. On chciał zrobić jej coś złego. Potrzebowała pomocy, ona… - to było Beltane. Święto poświęcone Matce, jej miłości. I ten żywiołak, który wziął się tu znikąd…
Lestrange machnęła różdżką, chcąc wyczarować podobną barierę, jaką postawili uciekający Śmierciożercy – by osłonić siebie i Patricka przed żywiołakiem, który z wściekłością rzucał kamieniami na najbliższe otoczenie, nie bacząc na to, czy rzuca w tych, którzy go faktycznie zdenerwowali, czy we wszystkie irytujące muchy dookoła. A w obliczu tej kupy kamieni rzucającą skałami, Victoria czuła się jak taka mucha.
I tak czy siak, lepiej było tu nie zostawać, tu w otoczeniu żywiołaka.
– Chodź! – krzyknęła do swojego towarzysza, planując pobiec do Mavelle. Lepiej byłoby nie zostawiać tutaj nikogo samemu. Zresztą i jej powinna powiedzieć o ogniach.
Kształtowanie na barierę fizyczną, głownie ze względu na bunt dwulatka żywiołaka
Sukces!
Druga akcja na uciekando.