Może gdyby była przygotowana na taką wyprawę poprawnie to reagowałby inaczej. Ale jako, że nie było to musiał zareagować w ten sposób. Nie zamierzał przecież jej wyprowadzać z równowagi. Ba! On siebie wyprowadził z równowagi, więc nie musiał tego robić ponownie, tylko tym razem z nią. Wystarczyło, że jedno z nich było zagotowane do czerwoności.
Jakim cudem ona nie miałą pojęcia jak on miał na imię? W takim razie skąd znała skrótowiec - Mar od (Hjal)mara? Coś się tutaj bardzo nie zgadzało w tej historii. I trzeba byłoby to wyjaśnić, gdyby nie stan "wilka". Nie był w stanie teraz trzeźwo myśleć czy łączyć faktów. A już na pewno nie wdawać się w dalszą dyskusję z tą kobietą.
Oliwy do ognia dolało zachowanie młodej podróżniczki. Kiedy ta stanęła przed nim na palcach i powiedziała patrząc mu w oczy - No to patrz niedźwiadku. Myślał, że za chwilę wybuchnie śmiechem. Bo co ona takiego chciała zrobić? Weźmie od niego siekierę aby wyciąć tę choinkę, a następnie zacznie nią ruszać, że niby "ożyła" jej przyjaciółka? Ha! To by było dopiero dobre. Nie pozbierałby się ze śmiechu przez dobry tydzień. No i przede wszystkim potwierdziłaby się jego teoria o niepełnosprytności jego rozmówczyni.
Uśmiechnął się tylko na gwizd. Co ona sobie myślała? Że jest jakąś królewną Śnieżką i zaraz zaczną się do niej zbiegać wiewiórki i inne jelonki z lasu? Zdziwił się lekko kiedy ta cofnęła się o pół kroku. Może jednak coś było na tej rzeczy?
Z twarzy Hjalmara zniknął uśmieszek tak szybko jak tylko zdążył się tam pojawić. Przez moment zagościło tam zdziwienie, które przerodziło się w szok. Oczy zrobiły mu się wielkie, a serce zaczęło bić mu coraz mocniej - pomijając fakt, że już biło bardzo szybko.
Kiedy usłyszał trzepot skrzydeł w powietrzu, a chwilę później nawał białego puchu - zamarł. Nie tyle co się bał, a wydarzyło się coś czego nie dało się przewidzieć. W ostatnim geście zdrowego rozsądku złapał swoją siekierę w dwie ręce, aby być w stanie gotowości do obrony koniecznej. A więc walka. Bestia nadciągnęła...
Czy to rzeczywiście był potwór lub inny stwór niewiadomego pochodzenia? Na niedźwiedzia nie wyglądał. Na wilka też nie... Nadciągnął z nieba. Co to miało być? Smok jakiś? Te jak i wiele innych pytań zaczęły się kłębić w głowie Nordgersima. Nie miał pojęcia co powinien zrobić - ruszyć ile sił w nogach, aby pokonać bestię czy stać i czekać na rozwój sytuacji? Zdecydował się na drugą opcję. Na całe szczęście ściana śniegu opadała dosyć szybko, ukazując tym samym więcej szczegółów odnośnie zaistniałej sytuacji.
Z tego wszystkiego otworzył tylko lekko buzię. O kurwa... Latający obiad Tego nie spodziewał się nawet w swoich najsłodszych snach. W życiu czegoś takiego nie widział. Nie miał zielonego pojęcia, że można sobie wytrenować posiłek, który będzie w stanie do Ciebie przylecieć na Twoje zawołanie.
Doznał głębokiego szoku. Nie było choinki ale tak naprawdę nie było też "przyjaciółki". Bo od kiedy to konia można nazwać swoim najlepszym kolegom? Tym bardziej, że to było po prostu zwierzę. Nic więcej, nic mniej. On nawet nie potrafił mówić! Czy ona gadała do tego całego czterokopytnego stworzenia kiedy zajadało sobie trawę, licząc na zrozumienie i wysłuchanie? Niedorzeczne, a jednak.
Nawet trącenie pyskiem przez to "coś" nie było w stanie wybudzić go z szoku. Stan Hjalmara można by określić jako swego rodzaju "psychiczna śpiączka". Wiedział, że żył ale nie wiedział co powinien zrobić. Ruszyć się? Odezwać? Zapaść pod ziemię? To ostatnie wydawało się jak najlepsza możliwa sytuacja. Zwłaszcza kiedy jeszcze chwilę temu zarzucał jej różne choroby psychiczne... A tu takie heca...
Stał tak przez dłuższą chwilę i wpatrywał się miejsce w którym jeszcze kilka sekund temu stała Mara. Latający koń... Nadal nie wierzył w to co przed chwilą widział. Słyszał o takich rzeczach ale nigdy wcześniej nie było mu danego tego zobaczyć. Aż do dzisiaj, do teraz. Nie zwrócił nawet uwagi jak dziewczyna ruszyła we wskazanym przez niego kierunku. Dopiero ręka, która oferowała mu napitek wybudziła go ze "śpiączki".
- Ja... - zaczął mówić ale nie był w stanie dodać nic więcej, więc wykrztusił tylko tyle. Odwrócił się na pięcie za siebie i ruszył przodem przez choinki. Nie odzywał się. Toczył bitwę myśli w tej chwili. Próbował sobie to wszystko ułożyć w głowie. I tak już się wydarzyło za dużo jak na jeden wieczór...
Po dłuższej wymianie i nie małym szoku, ruszyli w końcu przed siebie. Mieli jasny cel do osiągnięcia - punkt widokowy nieopodal gorących źródeł. Na całe szczęście nie było to, aż tak daleko. Maksymalnie pół godziny do godziny dobrego marszu i znajdą się u celu. Dla wprawionego piechura - czyli Hjalmara - taki dystans był jak nic. Zważał jednak na fakt, że nie był tutaj sam. Miał ze sobą turystkę, którą trzeba było doprowadzić tam w jednym kawałku.
Mniej więcej po 20 minutach cichego przedzierania się przez gęstwinę, Björn zauważył ślady zwierzęcia. Nie potrzebował ani sekundy dłużej, ponieważ rozpoznał je od razu - wilk. I co ważniejsze, te ślady były bardzo świeże. Jakby dopiero tędy przeszedł.
- Wilk jest blisko... - stwierdził, kucając przy nich - I skierował się w tamtą stronę - wskazał palcem od prawej ręki małą polankę, która znajdowała za górką - Dokładnie tam gdzie my zmierzamy - oznajmił, a następnie złapał mocniej za swój oręż. Teraz mi już nie uciekniesz. Zerwał się do ponownego marszu. Nachylił się jednak lekko do przodu, aby poruszać się jak najwolniej da radę, aby tym razem nie spłoszyć swojej ofiary.