Nie mogła się powstrzymać przed tym, żeby napisać do Erika. Szczególnie, że komentarz jego siostry naprawdę był ogromnym komplementem dla Yaxley. Może chciała też trochę podjudzić Longbottoma do szybkiego spotkania. Wiedziała, że nie pozwoli na to, żeby krążyły po kuluarach takie pomówienia.To nic, że jak do tej pory wiedziała o tym tylko ich trójka. Bardzo dobrze, że zgodził się wyjaśnić tę sprawę. Gerry uwielbiała takie przyjacielskie sparingi, uważała, że może z nich naprawdę sporo wynieść.
Miłość do szermierki obudził w niej ojciec. Jeszcze zanim rozpoczęła naukę w Hogwarcie. To głównie z nim ćwiczyła. Na samym początku był idealnym przeciwnikiem, ba za każdym razem z nią wygrywał. Gerard nie należał do tych osób, które odpuszczają tylko dlatego, że walczą z dzieckiem - wręcz przeciwnie. Gerry wiedziała, że czeka ją wiele lat nauki, żeby mu dorównać. Nie zniechęcało jej to jednak, wręcz przeciwnie. Miała swój cel, do którego dążyła. W końcu jej się udało. Z czasem, to ona była lepsza od ojca. Zresztą aktualnie, to walka z nim nie sprawiała jej żadnej frajdy, nie był już tak szybki jak kiedyś. Bez większego problemu z nim wygrywała. Musiała znaleźć sobie nowych przeciwników, o co wcale nie było tak łatwo. Mało kto pamiętał o tym dumnym sporcie. Niewielu czarodziejów wykazywało zainteresowanie nauką takich umiejętności.
Z Erikiem często spotykali się na salach treningowych Srebrnych Różdżek. Uważała go za naprawdę godnego przeciwnika, nie tylko do sparingów szermierczych, ale magicznych pojedynków. Cieszyła się, że udawało im się utrzymać w miarę systematyczny kontakt po zakończeniu edukacji. Był jednym z jej ulubionych kolegów z drużyny.
Termin był odpowiedni. Zdawała sobie sprawę, że wszyscy są pochłonięci przygotowaniami do Ostary. Powinni mieć spokój, nikt nie będzie ich tutaj dzisiaj niepokoił. Ostara w przypadku Gerry łączyła się również z jej urodzinami, jutro skończy dwadzieścia dziewięć lat. Jednak tego Erik mógł nie wiedzieć.
Nie zamierzała tutaj poruszać tematu balu Longbottomów na którym była gościem. Zdawała sobie sprawę, że sprawa jest świeża i może być dla jej towarzysza dosyć drażliwa. Przecież jego siostra wystawiła go na sprzedaż. Dosłownie. Nie miała pojęcia dlaczego wpadła na ten pomysł, znaczy fakt - zainteresowanie jego osobą było ogromne, zarobili na tym sporo pieniędzy, mimo wszystko to był jej brat. Z rodzeństwem to jednak dobrze tylko na zdjęciu...
Pojawiła się w siedzibie o umówionej porze. Zanim weszła do środka przygasiła jeszcze peta swoim ciężkim, skórzanym butem. Erik nie miał problemu z usłyszeniem jej kroków, bo szła dosyć ciężko. Nie była w lesie i nie musiała pilnować tego, aby nie zwracać na siebie uwagi. Weszła do salki, w której mieli się spotkać. Włosy miała zaplecione w długi warkocz, nie chciała, żeby przeszkadzały jej w sparingu. Wyglądała jak zawsze, sztruksowe, ciemne spodnie, za krótki sweter (zapewne przypadkiem wzięła któryś Theseusa) i skórzany płaszcz, sięgający jej niemal do kostek. Przywitała mężczyznę ogromnym uśmiechem.
- Czy ja Ci wyglądam na taką, która stchórzyłaby kiedykolwiek? Przygotowałam już list do Twojej siostry, pozostaje ta dzisiejsza formalność... - Weszła w głąb sali, zaczęła ściągać z siebie płaszcz, aby nie tracić czasu na przygotowanie. - Ciebie też Longbottom, zawsze dobrze Cię widzieć w jednym kawałku. - Cieszyło ją ich każde spotkanie, w końcu żyli w takich czasach, że niewinni ludzie umierali na ulicach Londynu. - Dobrze, że nikogo nie ma. Nie będą nam przeszkadzać. Jakby zamknęli to znaleźlibyśmy inne miejsce. - Nie odpuściłaby tego pojedynku.
- Widzę, że zdążyłeś wszystko przygotować. - Odparła jeszcze w między czasie sama ogarniała się do pojedynku. Nie znosiła tego, że musiała zakładać te wszystkie elementy ochronne, no ale skoro mus, to mus... Całkiem szybko jej to poszło. Minęła krótka chwila, a znalazła się na podwyższeniu przed mężczyzną.