29.10.2022, 00:34 ✶
Zawsze był przekonany, że dar aurowidzenia, jaki otrzymał na długo przed tym, jak pierwszy krzyk rozdarł jego płuca, był błogosławieństwem, światłością czule ujmującą ostre krawędzie onyksowej psyche, wewnętrznym blaskiem, czyniącym Perseusa bardziej uważnym, bardziej wrażliwym, bardziej l u d z k i m. Wykorzystywał tę przewagę z dumą rozpierającą pierś, częściej do zaspokojenia egocentrycznych zachcianek, aniżeli przyczynieniu się dla większego dobra; gdy inni bowiem wspinali się po stromych schodach zaskarbiania sobie cudzej sympatii, najmłodszy syn Polluxa wsiadał do windy i jechał nią na szczyt; wyczulenie na cudze nastroje pozwalało mu zamilknąć w odpowiednim momencie, napawało odwagą, obdzierało rozmówców z masek niezręczności i pozwalało mu brylować w towarzystwie.
Aż nagle lina podtrzymująca dźwig pękła, a Perseus ku swemu przerażeniu zorientował się, że czeka go jedynie spektakularny upadek.
W jednej chwili aurowidzenie zamieniło się w przekleństwo, światłość stała się żarem gwałtownie trawiącym jego duszę, kolejną słabością, mszycą pożerającą złote kłosy wypracowywanego latami opanowania. Elliocie, grymas bólu wykrzywił jego lico, gdy dłoń Malfoya zacisnęła się wokół jego nadgarstka; nie był to jednak ból fizyczny, a ten znacznie gorszego rodzaju, wdzierający się głęboko pod cielesną powłokę, by wbić swe szpony w bezbronną duszę. Najdroższy, jesteś taki złamany, taki rozbity...
Nie protestował, gdy mężczyzna odsunął się od niego i zajął się ciałem żony; zdawał sobie sprawę z tego, że doprowadzony do ostateczności Elliott mógł siać spustoszenie niemniejsze od tego, które przed wiekami wyrządził Wezuwiusz, gdy pożoga jego gniewu zalała pompejańskie domostwa. Czasem łapał się na tym, że porównuje dawnego ukochanego do jego ojca, nieznoszącego sprzeciwu tyrana, mylącego lęk z respektem. Podobieństwa uwidoczniły się, gdy zaczął częściej obcować z Malfoyem Seniorem, którego dotychczas znał głównie z opowieści, jednakże nigdy nie ośmielił się wypowiedzieć swych myśli na głos.
Przekonał się, jakim rozczarowaniem było zrozumienie, że stało się człowiekiem, którym ze wszystkich sił próbowało się nie być. Chciał go przed tym uchronić. Zawsze chodziło mu jedynie o to, by chronić Elliota.
Obserwował więc uważnie — zdawać się mogło, że jego profil — gdy pochylał się nad nieruchomą Simone, lecz nie widział jego twarzy (nie musiał na nią patrzeć; wpatrując się w sufit paryskiego mieszkania był w stanie przywołać w pamięci ściągnięte brwi, lazur tęczówek pod półprzymkniętymi powiekami, prosty nos, miękkie usta oraz linię żuchwy, rozpoznałby go w ciemności nocy i oślepiającym świetle dnia), a feerie barw okalającą jego sylwetkę. Kolory bezustannie się zmieniały, przenikały przez siebie, mieszały się na palecie aury Elliotta.
Gniew. Lęk. Desperacja. Rozpacz. Rozgoryczenie. Miłość.
W milczeniu wodził wzrokiem za ruchami mężczyzny, który niewątpliwie nosił więcej ran na psychice, niż posiadał przyjaciół; tych prawdziwych, gotowych podnieść go po upadku, nie zaś marionetek czyniących ze znajomości z młodym Malfoyem drabinę dla swych wynędzniałych karier. Pragnął uklęknąć obok Elliotta, ująć jego bladą twarz w dłonie, a następnie zamknąć w swych ramionach i trzymać, dopóki burza szalejąca w jego sercu nie ustąpi. Nie wiedział jednak, który z nich bardziej potrzebowałby tego gestu — Elliott, dla opanowania emocji wypalających ciało od wewnątrz, czy Perseus dla uspokojenia serca kołatające w rytm wyrzutów czynionych przez sumienie?
Jakkolwiek nie brzmiałaby odpowiedź, nie odważył się na ten krok. Czując na sobie spojrzenia zbierającego się za jego plecami tłumu złożonego nie tylko z personelu, lecz także i pacjentów Lecznicy Dusz, mógł stać jedynie w miejscu i czekać, zaciskając dłoń na główce kruka zdobiącej mahoniową laskę. Kilka minut, jakie czarodziej spędził przy ciele małżonki, zdawało się trwać całą wieczność, przerywaną jedynie urywanymi oddechami oraz milknącymi w połowie zdania szeptami za plecami Perseusa.
Aż wreszcie spojrzenia obu mężczyzn skrzyżowały się ze sobą i wiedział już, że najtrudniejsza część dopiero przed nimi. Skinął głową, cofnął się i przepuścił Elliota w drzwiach, a zebrani przed pokojem gapie rozsunęli się, tworząc korytarz, którym ruszył ponury orszak. Nim to nastąpiło, magipsychiatra zatrzymał się przed młodą uzdrowicielką i wyszeptał jej na ucho słowa polecenia. A później ciało Simone zniknęło za zamkniętymi drzwiami.
— Usiądź, proszę — gdy tylko znaleźli się w gabinecie, wskazał mu fotel. Pomieszczenie było małe i skromne, lecz nawet to nie przeszkodziło w tym, by zostało urządzone na modłę Perseusa; zdobione meble pamiętające jeszcze miniony wiek, ciemne obicia, osobliwe dekoracje (największą uwagę zwracał szkielet kruka pod kloszem, który zajmował honorowe miejsce na biurku; mawiano, że był to podobno to poprzedni kruk Blacka), a także wszechobecny chaos w postaci niedopałka papierosa wrzuconego pośpiesznie do filiżanki z ostygłą herbatą i rozrzuconej dokumentacji medycznej, gdy w pośpiechu opuszczał pomieszczenie niespełna godzina temu. — Jak się czujesz? — zapytał po chwili. Bynajmniej chodziło mu o stan jego duszy; Elliott sprawiał wrażenie jakoby sam stał jedną nogą w grobie.
Spodziewał się wybuchu. Szarpnięcia za poły marynarki i wykrzyczenia mu w twarz słów nienawiści. Chciał, aby żar tlący w Malfoyu przeniósł się również na niego i wywołał pożar.
Pragnął czuć coś więcej, niż przytłaczającą bezradność.
Aż nagle lina podtrzymująca dźwig pękła, a Perseus ku swemu przerażeniu zorientował się, że czeka go jedynie spektakularny upadek.
W jednej chwili aurowidzenie zamieniło się w przekleństwo, światłość stała się żarem gwałtownie trawiącym jego duszę, kolejną słabością, mszycą pożerającą złote kłosy wypracowywanego latami opanowania. Elliocie, grymas bólu wykrzywił jego lico, gdy dłoń Malfoya zacisnęła się wokół jego nadgarstka; nie był to jednak ból fizyczny, a ten znacznie gorszego rodzaju, wdzierający się głęboko pod cielesną powłokę, by wbić swe szpony w bezbronną duszę. Najdroższy, jesteś taki złamany, taki rozbity...
Nie protestował, gdy mężczyzna odsunął się od niego i zajął się ciałem żony; zdawał sobie sprawę z tego, że doprowadzony do ostateczności Elliott mógł siać spustoszenie niemniejsze od tego, które przed wiekami wyrządził Wezuwiusz, gdy pożoga jego gniewu zalała pompejańskie domostwa. Czasem łapał się na tym, że porównuje dawnego ukochanego do jego ojca, nieznoszącego sprzeciwu tyrana, mylącego lęk z respektem. Podobieństwa uwidoczniły się, gdy zaczął częściej obcować z Malfoyem Seniorem, którego dotychczas znał głównie z opowieści, jednakże nigdy nie ośmielił się wypowiedzieć swych myśli na głos.
Przekonał się, jakim rozczarowaniem było zrozumienie, że stało się człowiekiem, którym ze wszystkich sił próbowało się nie być. Chciał go przed tym uchronić. Zawsze chodziło mu jedynie o to, by chronić Elliota.
Obserwował więc uważnie — zdawać się mogło, że jego profil — gdy pochylał się nad nieruchomą Simone, lecz nie widział jego twarzy (nie musiał na nią patrzeć; wpatrując się w sufit paryskiego mieszkania był w stanie przywołać w pamięci ściągnięte brwi, lazur tęczówek pod półprzymkniętymi powiekami, prosty nos, miękkie usta oraz linię żuchwy, rozpoznałby go w ciemności nocy i oślepiającym świetle dnia), a feerie barw okalającą jego sylwetkę. Kolory bezustannie się zmieniały, przenikały przez siebie, mieszały się na palecie aury Elliotta.
Gniew. Lęk. Desperacja. Rozpacz. Rozgoryczenie. Miłość.
W milczeniu wodził wzrokiem za ruchami mężczyzny, który niewątpliwie nosił więcej ran na psychice, niż posiadał przyjaciół; tych prawdziwych, gotowych podnieść go po upadku, nie zaś marionetek czyniących ze znajomości z młodym Malfoyem drabinę dla swych wynędzniałych karier. Pragnął uklęknąć obok Elliotta, ująć jego bladą twarz w dłonie, a następnie zamknąć w swych ramionach i trzymać, dopóki burza szalejąca w jego sercu nie ustąpi. Nie wiedział jednak, który z nich bardziej potrzebowałby tego gestu — Elliott, dla opanowania emocji wypalających ciało od wewnątrz, czy Perseus dla uspokojenia serca kołatające w rytm wyrzutów czynionych przez sumienie?
Jakkolwiek nie brzmiałaby odpowiedź, nie odważył się na ten krok. Czując na sobie spojrzenia zbierającego się za jego plecami tłumu złożonego nie tylko z personelu, lecz także i pacjentów Lecznicy Dusz, mógł stać jedynie w miejscu i czekać, zaciskając dłoń na główce kruka zdobiącej mahoniową laskę. Kilka minut, jakie czarodziej spędził przy ciele małżonki, zdawało się trwać całą wieczność, przerywaną jedynie urywanymi oddechami oraz milknącymi w połowie zdania szeptami za plecami Perseusa.
Aż wreszcie spojrzenia obu mężczyzn skrzyżowały się ze sobą i wiedział już, że najtrudniejsza część dopiero przed nimi. Skinął głową, cofnął się i przepuścił Elliota w drzwiach, a zebrani przed pokojem gapie rozsunęli się, tworząc korytarz, którym ruszył ponury orszak. Nim to nastąpiło, magipsychiatra zatrzymał się przed młodą uzdrowicielką i wyszeptał jej na ucho słowa polecenia. A później ciało Simone zniknęło za zamkniętymi drzwiami.
— Usiądź, proszę — gdy tylko znaleźli się w gabinecie, wskazał mu fotel. Pomieszczenie było małe i skromne, lecz nawet to nie przeszkodziło w tym, by zostało urządzone na modłę Perseusa; zdobione meble pamiętające jeszcze miniony wiek, ciemne obicia, osobliwe dekoracje (największą uwagę zwracał szkielet kruka pod kloszem, który zajmował honorowe miejsce na biurku; mawiano, że był to podobno to poprzedni kruk Blacka), a także wszechobecny chaos w postaci niedopałka papierosa wrzuconego pośpiesznie do filiżanki z ostygłą herbatą i rozrzuconej dokumentacji medycznej, gdy w pośpiechu opuszczał pomieszczenie niespełna godzina temu. — Jak się czujesz? — zapytał po chwili. Bynajmniej chodziło mu o stan jego duszy; Elliott sprawiał wrażenie jakoby sam stał jedną nogą w grobie.
Spodziewał się wybuchu. Szarpnięcia za poły marynarki i wykrzyczenia mu w twarz słów nienawiści. Chciał, aby żar tlący w Malfoyu przeniósł się również na niego i wywołał pożar.
Pragnął czuć coś więcej, niż przytłaczającą bezradność.