Zadziałało. Na Matkę, jak dobrze, że osłona, którą zrobiła, zadziałała, bo żywiołak mógł zrobić z nich jeśli nie miazgę, to przynajmniej mocno ich okaleczyć. Bariera jednak wytrzymała, chociaż skłamałabym pisząc, że Victorii nie zabiło mocniej serce. Pył wzbił się w powie, a oni rzucili się do przodu, do Mavelle, by nie zostawiać jej dłużej samej. Lestrange musiała osłonić usta przedramieniem, a i tak kaszlnęła kilka razy, kiedy przebiegali przez ten pył i kurz w kierunku, gdzie powinna być ich towarzyszka, a Tori nawet na moment rozszerzyła oczy w zdumieniu, kiedy Patrick stwierdził, że Voldemort chyba próbuje przejąć… Moc ognisk. Ogień. Czerń. Voldemort. Las. Strumień. I piękna pani, którą Victoria tak chciała uratować. Nie wiedziała dlaczego, nie zastanawiała się nad tym, bo nie było na to czasu. Ale dodać dwa do dwóch było kurewsko łatwo.
- Musimy to zatrzymać. Go – rzuciła do Stewarda w odpowiedzi i zmrużyła oczy, by ten pył nie dostał jej się pod powieki, gdzie pewnie zacząłby szczypać.
Mavelle na szczęście nic nie było. Stała nad światłem, ale najwyraźniej jeszcze sobie z tym nie poradziła. Tori założyła, że może nie była tak wprawiona w magii rozpraszania – ale to nic. Im było ich tutaj więcej, tym pewnie lepiej.
- Ogień Beltane to przejście do miejsca, gdzie jest Voldemort – rzuciła do Mavelle tę samą informację, którą chwilę temu przestawiła Patrickowi, bez zbędnych innych komentarzy. - Gdyby znowu mi odbiło po rozpraszaniu tego… Jak coś, to ogień nic mi nie zrobi – mruknęła do nich, tak na wszelki wypadek, bo i ona doszła do tego, że jej dziwne zachowanie z wtedy i „wyłączenie” światła musiało być ze sobą związane. Machnęła więc znowu różdżką, by pomóc Bones i spróbować rozproszyć świecące żyły.
Rozpraszanie magii na katalizator
Sukces!
Slaby sukces...