Kiwnęła głową. Tak, dokładnie tak, wyglądała jak na kacu i przeprawie przez las, ale to prawdę mówiąc rozumiało się samo przez się. Nie musiała patrzeć w lustro, by wiedzieć, że wygląda podobnie do Brenny: czyli równie beznadziejnie i jak siedem nieszczęść. Nic tylko powrócić do leżenia na podłodze, może nie mięciutkiej i wygodnej, ale na pewno stabilnej. Bo gdy Victoria przymykała powieki, to świat nadal zdawał się wirować. Okropne uczucie. Nie wytrzeźwieć jeszcze w pełni i jednocześnie mieć już potężnego kaca; czuć się jak gówno i mieć świadomość dlaczego, i że nigdy więcej kiedy jeszcze wcale się nie skończyło.
- Żałuję wszystkiego – odpowiedziała Brennie, bo fakt, że nie było jeszcze zaklęcia na kaca (albo po prostu nie było o nim w książkach w Hogwarcie, bo przecież uczniowie to mogą co najwyżej spijać piankę z piwa kremowego), był prawdziwym niedopatrzeniem. - Chyba się poświęcę i wynajdę na to eliksir – dodała smętnie i przyssała się do swojej herbatki, bo tak ją suszyło. Merlinie, chciała więcej, potrzebowała wody, albo cukru, albo jednego i drugiego… - No ta, „Brenna”. Ale ja się zgodziłam. Będę chyba… chyba taktycznie milczeć – to też nie będzie dziwne. Który człowiek na kacu jest żywotny i ma ochotę się socjalizować? Na pewno nie Victoria, jak widać na obrazku. Tutaj z Brenną to co innego, to ich wspólny wyskok i tajemnica.
- To tak, a tak nie było? Było. Przecież bym cię nie zostawiła samej w tych krzakach… - zgodziła się z Brenną. - A później… Zabłądziłyśmy. Tak – poszły nie w tę stronę co trzeba, a kiedy się zorientowały było już za późno… i trzeba było wracać. Czyli wszystko trwało dłużej. Taak. - Hmmm… Nie wiem. Może mi się to przyśniło – a może faktycznie przed czymś uciekały. Albo przed niczym. Nie miało to większego znaczenia, bo teraz były tutaj: w wieży! Astronomicznej!!
- Piękne pożegnanie z Hogwartem, nie ma co. Będziemy to wspominać do końca życia – zamarudziła pod nosem, znowu na moment przymykając oczy – czego zaraz bardzo pożałowała i ze zbolałą miną wyczarowała sobie kolejną filiżankę herbaty. Wtuliła się też mocniej w deskę, o którą się opierała. - Daj spokój. Może zawsze byłam zepsuta – może dopiero tam, w Hogsmead, po alkoholu, z przyjaciółmi, bez ciążącej nad głową kary, że ktoś odejmie punkty Ślizgonom za jakiś wyskok, bez widma niezadowolonej Isabelle (a przecież potrafiła swoje niezadowolenie wyrażać bardzo dobitnie), Lestrange na jeden wieczór mogła rozwinąć skrzydła? Zrzucić te kajdany, które tak definiowały jej życie? Mimo wszystko, pomimo tego jak się teraz czuła, na myśl o tym wszystkim i na słowa Brenny, na które odpowiedziała, uśmiechnęła się. Naprawdę. Szczerze, choć nie szeroko od ucha do ucha. Ale spokojny uśmiech był na jej twarzy widoczny. - Może trzeba zrobić szkole przysługę – rzuciła od niechcenia, patrząc na paskudnego goblina. Ale mogły się go pozbyć w mniej spektakularny sposób prawdę mówiąc.