Ciężko było zaprzeczyć temu, że wiele działo się w Londynie. Tak jak i całej Wielkiej Brytanii. Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Nawet więcej. Tkwiłem w tym wszystkim, choć nie można było mnie określić mianem jednego z ważniejszych trybików całej tej, wprawionej w ruch machiny. Byłem zaledwie jednym z wielu pionków, który dał się porwać idei. Wizji innego świata. Lepszego? Chciałem w to wierzyć.
Chociaż jesteśmy z Geraldine bliźniakami, ciężko zaprzeczyć temu, że sporo nas dzieli. Niektórzy byliby zapewne w stanie powiedzieć, że jesteśmy niczym dzień i noc, choć dla mnie akurat to gruba przesada. Na pewne rzeczy spoglądamy w inny sposób, ale nadal - gdyby przyjrzeć się bliżej, poświęcić nieco więcej czasu obserwacji - można byłoby dostrzec pewne cechy wspólne. Takie, które nie były bynajmniej pozbawionymi znaczenia. Obydwoje wychowaliśmy się w jednym domu, płynęła w nas ta sama krew. Zaszczepiono w nas te same wzorce, wpojone nam te same zasady. W późniejszym czasie zweryfikowane zostało to przez środowisko, w którym przyszło nam dorastać. Ona trafiła do Gryffindoru. Ja znalazłem się w szeregach absolwentów Hogwartu należących do Slytherinu. Czy ktoś mógł przewidzieć jak duże znaczenie może to mieć w niedalekiej przyszłości? Teraz, kiedy nasz świat, świat czarodziejów, podzielony miał zostać za sprawą kolejnego konfliktu...
Nie byłem przyzwyczajony do niezapowiedzianych wizyt, których - zwłaszcza z Geraldine - nie składaliśmy sobie wielu. Rzecz jasna utrzymywaliśmy kontakt, nie unikaliśmy siebie nawzajem. To nie tak. Po prostu zostawialiśmy temu drugiemu przestrzeń. Każde żyło swoim życiem, zanadto nie wtrącając się w życie tego drugiego. Wierząc, że podejmie właściwe decyzje, a jeśli wpadnie w problemy - nie zawaha się poprosić o pomoc.
Choć gdybym miał być szczery, samego siebie zwracającego się do drugiej osoby - nawet tak bliskiej - nie potrafiłem sobie wyobrazić.
- Zapominasz, że zbyt dobrze Ciebie znam. Wiem co siedzi w tej Twojej ślicznej główce, i że nie zawsze są to dobre rzeczy. - Odpowiadam. Niby poważnie, ale tonem zbyt lekkim, żeby za takie można było wziąć moje słowa. Można w tym jednak wychwycić pewne zmęczenie. Nie potrafię go ukryć, praca zbyt mocno dała mi się we znaki.
W skromnym salonie, jako że nie potrzebowałem wielu mebli i innych takich, oprócz stołu i czterech krzeseł, znajduje się również sofa, niski stolik, dwa regały z książkami i różnymi innymi pierdołami bo ciężko to określić inaczej. Gdzieś tam pewnie można dostrzec radio, teraz wyłączone. Dwa okna wpuszczają nieco światła, które ograniczone jest przez stosunkowo ciemne zasłony. Umieszczone tu swego czasu przez matkę, mające już dobrych kilka lat. Gdyby zależało to ode mnie samego, w oknie nie byłoby nawet prostej firanki, na ścianie żadnego obrazu. Całość wyglądałaby jak pusta skorupa. Mieszkanie pozbawione byłoby wszystkiego tego, co mogło mu nadać jakikolwiek charakter.
Nie żeby teraz było pod tym względem dużo lepiej.
Nie stoję zbyt długo w wejściu. Ruszam w kierunku miejsca, w którym znajduje się Geraldine. Odsuwam od drewnianego stołu jedno z krzeseł. Średnio jest ono wygodne, ale mogło być znacznie gorzej. Z pensji szeregowego pracownika ministerstwa na więcej pozwolić sobie nie mogłem, a z pieniędzy rodziców starałem się nie korzystać.
Uczucie bycia niezależnym - czyż to nie piękna sprawa?
- Uznam, że Ci wierze. - Odpowiadam na ten komplement. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie do końca pokrywa się to z rzeczywistością. Nie czuje się dość dobrze, żeby tak też się czuć. Nie ciągnę jednak tematu. Nie zadręczam jej też narzekaniem na pracę, choć pewnie do powiedzenia miałbym sporo. Tylko po co?
Wzruszam ramionami. Co mam jej powiedzieć? Nie odwiedza mnie często. Ja jej zresztą również. Obydwoje wiemy jak mają się sprawy. Chyba też z tego powodu nie narzekamy.
- U mnie wszystko w normie. Bywało gorzej. - Odpowiadam, uważnie się jej przyglądając. Zastanawiam się jak wiele wie. O co konkretnie pyta. Jako pracownik ministerstwa, owszem mam dostęp do pewnych informacji, choć też nie jest tego tam dużo, jak w przypadku osób pracujących w innych departamentach. Nadrabiam to dzięki znajomościom i... powiązaniom, o których nie przecież nie będę rozpowiadać na prawo i lewo. Byłoby to trochę zbyt lekkomyślne. Nierozsądne. Zwłaszcza teraz, kiedy jesteśmy tak blisko realizacji planów. - Mówisz o czymś konkretnym? - Pytam więc, grając na zwłokę. Z niczym nie będę się śpieszyć. Nawet jeśli przy tym stole znajduje się moja siostra.
Kobieta, której - wydawałoby się - powinienem ufać.