24.04.2023, 03:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2023, 03:52 przez Elliott Malfoy.)
Klasyka była czymś, o czym mógł rozmawiać. Może sam nie władał szpadą czy inną bronią białą, ale na pewno potrafił się na ten temat wypowiedzieć o wiele szerzej, niż na przykład w kontekście społeczeństwa mugoli. Nic więc dziwnego, że wypowiedź Erika w tym temacie definitywnie podpasowała gustom Malfoya, do tego stopnia, że pochłapił się na ukontentowany uśmiech, którego energia przypominała zadowolenie rozciągającego się w letnim słońcu, rozpieszczonego kota.
- Wstrzymaj konie, mój drogi, dołączanie do klubu pojedynkowego pełnego czarodziejów doświadczonych w tych dziedzinach na pewno bardzo szybko uwydatniłoby moje braki, z pewnością potrzebowałbym nauczyciela, który mógłby mnie podciągnąć do przynajmniej zadowalającego poziomu - nie pokazał tego po sobie w inny sposób, jak lekkie zrzednięcie uśmiechu, acz w stanie upojenia niezbyt pozytywnie reagował na wspomnienie benefitów płynących z noszonego przez niego nazwiska, będącego w stanie otworzyć każde drzwi. Nie raz słyszał, że nie musiał pracować na nic w życiu, że nie zdaje sobie sprawy jak ciężkim jest dojście do czegokolwiek samemu, bo to jak się nazywa niweluje każde wzniesienie na jego drodze, nim zacznie się na nie wspinać. Ziarno prawdy, jakie znajdywał w tych stwierdzeniach było nieprzyjemnie gnieżdżącą się w białku oka rzęsą; uwierało i swędziało, nie pozwalało na spokój ducha. Osiadł na laurach wygody, rodzinnych bogactw i przywilejów, bo mógł to zrobić. Wszyscy ci, którzy zdawali się mieć na ten temat negatywną opinię, jedynie zazdrościli mu szczęścia, jakim było pojawienie się na świecie z nazwiskiem 'Malfoy' w odpowiedniej rubryczce aktu urodzenia. Te same osoby nie zdawały sobie sprawy z jaką odpowiedzialnością się to wiązało oraz jej codziennej wagi, spoczywającej na barkach każdego członka rodu, a już definitywnie najstarszego syna. Bogactwo i potężne dziedzictwo mogło wydawać się nęcące za gablotką, w swoich złotych oprawach i marmurowych wykończeniach, ale w gruncie rzeczy było tylko maszynką do produkowania kolejnych przewodzących społeczeństwem. Jeżeli nie wpisywałeś się w odpowiednie, stworzone przed wiekami ramy, to nie było dla ciebie miejsca w świecie zamkniętym dla większości za wysokimi bramami z kutego żelaza. W całym tym wyrachowaniu nie było miejsca na szarość, była tylko czerń i biel, gdzie ta druga była traktowana odpowiednimi środkami, aby odpowiednio szybko i zwinie wrócić do absolutnej nieskazitelności; brak błędów, jedynie sukcesy.
- Szczerze wątpię, że istnieje coś takiego jak restrukturyzacja sadu, aczkolwiek moja uwaga należy do ciebie, możesz mnie zaskoczyć, ironicznie, zwłaszcza w tym stanie świadomej nieświadomości, niesamowicie by mnie to uradowało. Idąc za modłą Ministerstwa, jeżeli jesteś w stanie coś uzasadnić, zapewne byłbyś w stanie otrzymać na to dofinansowanie. Czy to restrukturyzacja sadu, czy też kurczaki... oh, wybacz, koguty na miotłach - delikatny grymas ukontentowania powrócił na twarz blondyna, choć teraz z filuternym zabarwieniem. Ton jego głosu przepełnił się pewnym zblazowaniem, wyćwiczonym, w tym momencie niezmiernie teatralnym, gdy zdawał się wypowiadać tak, jakby siedzieli w murach swojego miejsca pracy, a nie przy partii szachów w sypialni Longbottoma.
- Pudełko pączków to w mojej sytuacji definitywnie łatwiejsza opcja. Mam zbyt dużo miejsc do spania, niestety. Aczkolwiek, mogłbym powiedzieć, że zgubiłem każdy jeden klucz, a sakiewkę zostawiłem w mieszkaniu, skrzat zajmuje się poważnymi sprawunkami mojego Pana Ojca, a siostra zagrała na nosie nie pozwalajac zostać w żadnym ze swoich lokalów i cóż miałbym, w takiej okropnej sytuacji począć? Dla dobrego efektu powinno jeszcze padać, ale tylko nad moją głową - humor dopisywał mu coraz bardziej z każdym kolejnym łykiem wina, którego ostatnią butelkę Erik wywalczył jeszcze na dole. Powinni je oszczędzać, ale Malfoy, chociaż znał definicję tego słowa, zdarzał się nie przyjmować go do wiadomości w ani jednej kategorii swego życia.
Chociaż język zdawał mu się coraz bardziej rozwiązywać, tak z ust wcale nie padały bardziej konkretne słowa. Z każdą wlaną w siebie kroplą wina usta wypuszczały z siebie wiązankę wygórowanie brzmiących słów, poniekąd mącących w atmosferze jeszcze bardziej, jakoby fakt upojenia alkoholowego nie był wystarczająco silnym przeciwnikiem w kwestii pojmowania rzeczywistości czy przyswojenia wypowiedzi.
Cień w spojrzeniu Erika spowodował jedynie, że przedziwna ekscytacja, jaką odczuwał przez to, jaki obrót nabrały sprawy tego wieczoru, jedynie wzrosła. Nie uciekł wzrokiem i, chociaż rozmówca zaraz się rozpogodził, Elliott bardzo dobrze zrozumiał, co miało znaczyć to chwilowe zaćmienie jasności spojrzenia zielonych oczu.
- Poszliśmy im na rękę - odparł swobodnie, znajdując drogę, aby przekazać swoją opinię na ten temat i nie zahaczać o ojcowskie radykalne słownictwo, którym posługiwał się w czterech ścianach domowego zacisza - dla nich ukrycie budynków, domów, sklepów czy szpitali i różnych instytucji w niepozornych lokacjach jest niemożliwe. Muszą być na powierzchni, muszą być widoczni, a przez to też wydają się dominującą grupą. To, że jest ich więcej, nie znaczy jeszcze, że mają przewagę, wiec z tym się nie zgodzę. My o nich wiemy, wszyscy, u nich wiedzą tylko wybrani politycy czy rodziny tych szczęśliwców, którzy jakimś cudem urodzili się z magią - nie były to najmilsze słowa, ale nie sugerowały też, że Mugoli należało zlikwidować, bo też sam młody Malfoy wcale tak nie uważał. Definitywnie myślał o sobie jako o kimś lepszym, ponieważ urodził się z możliwością czarowania i to w szanowanej rodzinie. Ale, ironicznie w kontekście absolutnej irytacji komentarzami, że wszystko ma w życiu podłożone pod nos, uważał się za lepszego od większości społeczeństwa, czy to magicznego, czy tez nie. Kwestia wychowania i priorytetów, które miał wpajane od młodości, a które niejako zelżały przez to, jak traktował go ojciec, czy chociażby, przez relację z dziadkiem.
- Nie wyobrażam sobie tego jak źle bym się ze sobą czuł, wiedząc, że istnieje świat magii, a ja byłbym jej pozbawiony. Współczuje im, tym którzy wiedzą, a najbardziej charłakom - nie odrywał spojrzenia od twarzy rozmówcy, na chwilę zapominając o szachownicy, nad którą obydwaj się pochylali. Badał granice, nie wiedział za jak bardzo pysznego Erik w tym momencie go uważa, ale przecież nie mogli we wszystkim się zgadzać. Dopóki szanowali siebie nawzajem i nie wciskali sobie swoich własnych opinii siłą do gardła, dla Elliotta nie było to problemem. Zwłaszcza, że Longbottom wydawał się wiele rzeczy rozumieć... ale czy dostawał te zrozumienie od Malfoya? To była już inna kwestia, przez którą na bladym czole blondyna pojawiła się niewielka zmarszczka.
- To co powiesz na wycieczki krajoznawcze w te mniej magiczne regiony Londynu? Może udałoby ci się mnie przekonać, że wcale nie mamy tak dużej przewagi, kto wie? - odrobinę go podpuszczał, ale prawda była taka, że w mugolskiej dzielnicy mieliby o wiele większą swobodę. Z tym jak bardzo rozpoznawalni byli w magicznym świecie, trudno było wyjść gdziekolwiek i nie musieć liczyć się z potencjalnymi gapiami, a w najgorszym wypadku dziennikarzami, przed ktorymi trzeba się spinać, udawać i robić wszystko to, na co upity ukontentowaniem i balowym winem Elliott Malfoy definitywnie nie miał ochoty.
Rozpiął guziki białej kamizelki. Ta, wcześniej, opinała się na jasnym materiale koszuli, a teraz opadła, opierając się o tworzywo fotela, ukazując wygniecenia jasnego materiału koszuli i jej guziki.
Dopiero teraz wrócił spojrzeniem jasnych oczu do szachownicy, która definitywnie pokazywała, że przegrywał. No tak, jakim cudem miał oprzeć się urokowi, jaki nakładała na niego sama obecność Erika, a co dopiero spędzenie z nim całego wieczora, być może nocy? Skupienie się nie wchodziło w grę, zwłaszcza, że upojone myśli meandrowały teraz wokół wszystkiego, tylko nie strategii, jakimi mógłby przechytrzyć przeciwnika.
Może właśnie chciał przegrać? Poddać się kolejnym ruchom, które chce wykonać Longbottom, kolejnym... Ukrócił tę myśl i westchnął tak głęboko, że jeden z jasnych włosów, który opadł mu na czoło podskoczył do góry, aby opaść odrobinę w bok.
- Oh tak, wykorzystywanie taktyk mojego umęczonego ogromną ilością alkoholu umysłu na korytarzach Ministerstwa, po prawdzie, mogłoby zrobić wszystkim na dobre. Czasami wydaje mi się, że całość działania tego miejsca zaplanował jakiś pijany zając w kapuście, zwłaszcza kwestię kontaktu z podatnikami - ostatnie dodał półgębkiem, bardziej żartobliwie, skupiając się na kolejnym ruchu, który wykonywał na szachownicy, a nie aż tak bardzo na wypowiadanych słowach.
uzgodniony rzut na szachy
- Wstrzymaj konie, mój drogi, dołączanie do klubu pojedynkowego pełnego czarodziejów doświadczonych w tych dziedzinach na pewno bardzo szybko uwydatniłoby moje braki, z pewnością potrzebowałbym nauczyciela, który mógłby mnie podciągnąć do przynajmniej zadowalającego poziomu - nie pokazał tego po sobie w inny sposób, jak lekkie zrzednięcie uśmiechu, acz w stanie upojenia niezbyt pozytywnie reagował na wspomnienie benefitów płynących z noszonego przez niego nazwiska, będącego w stanie otworzyć każde drzwi. Nie raz słyszał, że nie musiał pracować na nic w życiu, że nie zdaje sobie sprawy jak ciężkim jest dojście do czegokolwiek samemu, bo to jak się nazywa niweluje każde wzniesienie na jego drodze, nim zacznie się na nie wspinać. Ziarno prawdy, jakie znajdywał w tych stwierdzeniach było nieprzyjemnie gnieżdżącą się w białku oka rzęsą; uwierało i swędziało, nie pozwalało na spokój ducha. Osiadł na laurach wygody, rodzinnych bogactw i przywilejów, bo mógł to zrobić. Wszyscy ci, którzy zdawali się mieć na ten temat negatywną opinię, jedynie zazdrościli mu szczęścia, jakim było pojawienie się na świecie z nazwiskiem 'Malfoy' w odpowiedniej rubryczce aktu urodzenia. Te same osoby nie zdawały sobie sprawy z jaką odpowiedzialnością się to wiązało oraz jej codziennej wagi, spoczywającej na barkach każdego członka rodu, a już definitywnie najstarszego syna. Bogactwo i potężne dziedzictwo mogło wydawać się nęcące za gablotką, w swoich złotych oprawach i marmurowych wykończeniach, ale w gruncie rzeczy było tylko maszynką do produkowania kolejnych przewodzących społeczeństwem. Jeżeli nie wpisywałeś się w odpowiednie, stworzone przed wiekami ramy, to nie było dla ciebie miejsca w świecie zamkniętym dla większości za wysokimi bramami z kutego żelaza. W całym tym wyrachowaniu nie było miejsca na szarość, była tylko czerń i biel, gdzie ta druga była traktowana odpowiednimi środkami, aby odpowiednio szybko i zwinie wrócić do absolutnej nieskazitelności; brak błędów, jedynie sukcesy.
- Szczerze wątpię, że istnieje coś takiego jak restrukturyzacja sadu, aczkolwiek moja uwaga należy do ciebie, możesz mnie zaskoczyć, ironicznie, zwłaszcza w tym stanie świadomej nieświadomości, niesamowicie by mnie to uradowało. Idąc za modłą Ministerstwa, jeżeli jesteś w stanie coś uzasadnić, zapewne byłbyś w stanie otrzymać na to dofinansowanie. Czy to restrukturyzacja sadu, czy też kurczaki... oh, wybacz, koguty na miotłach - delikatny grymas ukontentowania powrócił na twarz blondyna, choć teraz z filuternym zabarwieniem. Ton jego głosu przepełnił się pewnym zblazowaniem, wyćwiczonym, w tym momencie niezmiernie teatralnym, gdy zdawał się wypowiadać tak, jakby siedzieli w murach swojego miejsca pracy, a nie przy partii szachów w sypialni Longbottoma.
- Pudełko pączków to w mojej sytuacji definitywnie łatwiejsza opcja. Mam zbyt dużo miejsc do spania, niestety. Aczkolwiek, mogłbym powiedzieć, że zgubiłem każdy jeden klucz, a sakiewkę zostawiłem w mieszkaniu, skrzat zajmuje się poważnymi sprawunkami mojego Pana Ojca, a siostra zagrała na nosie nie pozwalajac zostać w żadnym ze swoich lokalów i cóż miałbym, w takiej okropnej sytuacji począć? Dla dobrego efektu powinno jeszcze padać, ale tylko nad moją głową - humor dopisywał mu coraz bardziej z każdym kolejnym łykiem wina, którego ostatnią butelkę Erik wywalczył jeszcze na dole. Powinni je oszczędzać, ale Malfoy, chociaż znał definicję tego słowa, zdarzał się nie przyjmować go do wiadomości w ani jednej kategorii swego życia.
Chociaż język zdawał mu się coraz bardziej rozwiązywać, tak z ust wcale nie padały bardziej konkretne słowa. Z każdą wlaną w siebie kroplą wina usta wypuszczały z siebie wiązankę wygórowanie brzmiących słów, poniekąd mącących w atmosferze jeszcze bardziej, jakoby fakt upojenia alkoholowego nie był wystarczająco silnym przeciwnikiem w kwestii pojmowania rzeczywistości czy przyswojenia wypowiedzi.
Cień w spojrzeniu Erika spowodował jedynie, że przedziwna ekscytacja, jaką odczuwał przez to, jaki obrót nabrały sprawy tego wieczoru, jedynie wzrosła. Nie uciekł wzrokiem i, chociaż rozmówca zaraz się rozpogodził, Elliott bardzo dobrze zrozumiał, co miało znaczyć to chwilowe zaćmienie jasności spojrzenia zielonych oczu.
- Poszliśmy im na rękę - odparł swobodnie, znajdując drogę, aby przekazać swoją opinię na ten temat i nie zahaczać o ojcowskie radykalne słownictwo, którym posługiwał się w czterech ścianach domowego zacisza - dla nich ukrycie budynków, domów, sklepów czy szpitali i różnych instytucji w niepozornych lokacjach jest niemożliwe. Muszą być na powierzchni, muszą być widoczni, a przez to też wydają się dominującą grupą. To, że jest ich więcej, nie znaczy jeszcze, że mają przewagę, wiec z tym się nie zgodzę. My o nich wiemy, wszyscy, u nich wiedzą tylko wybrani politycy czy rodziny tych szczęśliwców, którzy jakimś cudem urodzili się z magią - nie były to najmilsze słowa, ale nie sugerowały też, że Mugoli należało zlikwidować, bo też sam młody Malfoy wcale tak nie uważał. Definitywnie myślał o sobie jako o kimś lepszym, ponieważ urodził się z możliwością czarowania i to w szanowanej rodzinie. Ale, ironicznie w kontekście absolutnej irytacji komentarzami, że wszystko ma w życiu podłożone pod nos, uważał się za lepszego od większości społeczeństwa, czy to magicznego, czy tez nie. Kwestia wychowania i priorytetów, które miał wpajane od młodości, a które niejako zelżały przez to, jak traktował go ojciec, czy chociażby, przez relację z dziadkiem.
- Nie wyobrażam sobie tego jak źle bym się ze sobą czuł, wiedząc, że istnieje świat magii, a ja byłbym jej pozbawiony. Współczuje im, tym którzy wiedzą, a najbardziej charłakom - nie odrywał spojrzenia od twarzy rozmówcy, na chwilę zapominając o szachownicy, nad którą obydwaj się pochylali. Badał granice, nie wiedział za jak bardzo pysznego Erik w tym momencie go uważa, ale przecież nie mogli we wszystkim się zgadzać. Dopóki szanowali siebie nawzajem i nie wciskali sobie swoich własnych opinii siłą do gardła, dla Elliotta nie było to problemem. Zwłaszcza, że Longbottom wydawał się wiele rzeczy rozumieć... ale czy dostawał te zrozumienie od Malfoya? To była już inna kwestia, przez którą na bladym czole blondyna pojawiła się niewielka zmarszczka.
- To co powiesz na wycieczki krajoznawcze w te mniej magiczne regiony Londynu? Może udałoby ci się mnie przekonać, że wcale nie mamy tak dużej przewagi, kto wie? - odrobinę go podpuszczał, ale prawda była taka, że w mugolskiej dzielnicy mieliby o wiele większą swobodę. Z tym jak bardzo rozpoznawalni byli w magicznym świecie, trudno było wyjść gdziekolwiek i nie musieć liczyć się z potencjalnymi gapiami, a w najgorszym wypadku dziennikarzami, przed ktorymi trzeba się spinać, udawać i robić wszystko to, na co upity ukontentowaniem i balowym winem Elliott Malfoy definitywnie nie miał ochoty.
Rozpiął guziki białej kamizelki. Ta, wcześniej, opinała się na jasnym materiale koszuli, a teraz opadła, opierając się o tworzywo fotela, ukazując wygniecenia jasnego materiału koszuli i jej guziki.
Dopiero teraz wrócił spojrzeniem jasnych oczu do szachownicy, która definitywnie pokazywała, że przegrywał. No tak, jakim cudem miał oprzeć się urokowi, jaki nakładała na niego sama obecność Erika, a co dopiero spędzenie z nim całego wieczora, być może nocy? Skupienie się nie wchodziło w grę, zwłaszcza, że upojone myśli meandrowały teraz wokół wszystkiego, tylko nie strategii, jakimi mógłby przechytrzyć przeciwnika.
Może właśnie chciał przegrać? Poddać się kolejnym ruchom, które chce wykonać Longbottom, kolejnym... Ukrócił tę myśl i westchnął tak głęboko, że jeden z jasnych włosów, który opadł mu na czoło podskoczył do góry, aby opaść odrobinę w bok.
- Oh tak, wykorzystywanie taktyk mojego umęczonego ogromną ilością alkoholu umysłu na korytarzach Ministerstwa, po prawdzie, mogłoby zrobić wszystkim na dobre. Czasami wydaje mi się, że całość działania tego miejsca zaplanował jakiś pijany zając w kapuście, zwłaszcza kwestię kontaktu z podatnikami - ostatnie dodał półgębkiem, bardziej żartobliwie, skupiając się na kolejnym ruchu, który wykonywał na szachownicy, a nie aż tak bardzo na wypowiadanych słowach.
uzgodniony rzut na szachy
Rzut PO 1d100 - 25
Akcja nieudana
Akcja nieudana
“An immense pressure is on me
I cannot move without dislodging the weight of centuries”
♦♦♦