Pomiędzy pisaniem artykułów i książek oraz prozą celebryckiego życia, Giovanni zawsze znajdował czas na spotkania towarzyskie. Dorosłe życie oddaliło go nieco od przyjaciół ze szkolnych lat, ale wciąż był blisko z Philipem. Spotykali się kilkanaście razy w roku, by podzielić się troskami, ale przede wszystkim miło spędzić czas.
Giovanni pojawił się w sposób nieoczekiwany przez Philipa, czyli przybył pieszo, bo o ile dobrze pamiętam, rezydencja Urquartów również znajdowała się w Dolinie Godryka. Gio uwielbiał spacery. Była to dla niego niesamowicie ekskluzywna rozrywka, bo tylko posiadacze groma wolnego czasu mogli sobie na to pozwolić. Czarodziej wciągał zapachy letnich kwiatów, co jakiś czas przystając i spoglądając na uroki natury. Szybko ściągnął również kapelusz. Słońce uroczo świeciło tego dnia i pragnął każdym calem swego ciała przyjąć jego błogosławieństwo. Na lniane, szerokie spodnie miał nałożoną tunikę z tego samego materiału, przepasany był luźno zamszowym pasem haftowanym egzotycznymi wzorami — jedna z wielu pamiątek z podróży. Idealny strój szanującego się czarodzieja, który potrafi się ubrać stosownie do pogody i towarzystwa. Na stopach miał plecione sandały, tradycyjne obuwie towarzyszące ludzkości od początków jego istnienia. Chociaż wśród Mugoli pokazywanie nagich przez kilka wieków było karygodne w niektórych częściach świata, czarodzieje nawet nie myśleli o odbieraniu swojemu ciała możliwości oddechu.
Giovanni nawet nie zauważył, kiedy z przypadkowo zerwanych kwiatów, traw i gałązek krzewów stworzył interesujący bukiet, idealny, by urozmaicić stół podczas spotkania.
Zapukał do drzwi.
— Dzień dobry, jak pięknie dziś świeci słońce! — Przywitał się z Philipem, gdy ten otworzył mu drzwi. Bez słowa wręczył mu bukiet kwiatów i wszedł do środka. Powiesił kapelusz na wieszaku, po czym udał się do salonu.
— Cóż za ucztę przygotowałeś, przyjacielu! A oto mój drobny wkład. — Z nikąd wyciągnął butelkę wina. — Słodki trudnek z południa Francji, dostałem niedawno od siostrzyczki z podróży i od razu uznałem, że to coś idealnego na nasze spotkanie. Najsłabszy trunek, jaki udało jej się znaleźć. Czy to nie cudownie, że tak o mnie dba?
Roześmiał się. Gio uchodził za posiadacza słabej głowy, ale najbliżsi wiedzieli o tym, że po prostu po alkoholu łatwiej jest wywabić Jonathana, czego oczywiście nikt nie chciał.